grand Mader

Świat jest ogrodem, ogród jest światem


2 Komentarze

Harmonia

Dorota Wolanin zaprosiła mnie na fejsbuku do zabawy, która miałaby polegać na tym, że przez kolejne pięć dni mam zamieszczać po jednym (w sumie pięć)  swoich czarno- białych zdjęć. Pięć zdjęć to pięć różnych historii, pięć odmiennych światów, które się kryją za obrazkiem. A oto zdjęcie i opowieść pierwsza:

 

ogrodjaponski

Wiecie, że lubię ogrody. One jednak najpiękniejsze są kolorowe, ale… są wyjątki. Ogród japoński, który zobaczyłam w Berlinie w Ogrodzie Narodów. ten to „ogród płaski”, a główną jego cechą jest dominacja cywilizacji nad naturą.

Nie wiadomo dlaczego bardzo zmęczone dzieci nie idą powoli, nie powłóczą nogami i nie przysiadają na każdej ławce, jak umęczeni dorośli. O nie! Zmęczone dzieci owszem, potykają się o każdy kamyczek, ale biegając bezwładnie i wyjękując swój wielki ból na cały głos. Ogród japoński w Ogrodzie Narodów w Berlinie był jednym z ostatnich, który mieliśmy obejrzeć. Wszyscy padaliśmy na nos po wielogodzinnym łażeniu między kwiatami. Mała Dziewczynka trzymała mnie za rękę, przez chwilę spokojniejsza. Obiecywałam sobie widok miniaturowych drzew, krzewów, szemrzące strumyki i małe kładeczki. Na razie jednak na końcu ścieżki, która nas prowadziła do ogrodu japońskiego, zobaczyliśmy zabezpieczające  liny i drabinki. Za nimi kamyki, żwirek ułożony w regularne pasy. Zero kładek, zero strumyków, zero siedzenia.

Mała Dziewczynka jednak aż pisnęła z przejęcia. Szarpnęła się. Poczułam,jak jej rączka uwalnia się z mojej. Szybko podbiegła kilka metrów, a potem… Rzuciła się na oślep, przez liny w kierunku harmonii, którą podziwiało w ciszy kilkanaście osób. Nie miałam czasu na myślenie. Zarejestrowałam widok stopy, która unosi się ponad liną, okrzyk gapiów i jednocześnie (czy to możliwe?) rzuciłam się, łapiąc jedną ręką dziecko, a drugą szukając po omacku podpory. Uchwyciłam małą tuż nad żwirkiem! W porę oparłam się (nas) o belkę. Zostałam za to nagrodzona przez zwiedzających brawami. Mała Dziewczynka znieruchomiała i zdziwiona oddawała uśmiechy. A ja? Ja roześmiałam się nieco głośniej. Rozbawiło mnie, że harmonia tego miejsca mogła być zagrożona przez niedużą, zmęczoną i zupełnie nieświadomą niczego istotkę. Została zaś uratowana przez zwykłą babcię.

 


2 Komentarze

Przygotowanie

roze1Jak długo powinno trwać przygotowanie do śmierci, dobrej śmierci?

Na konferencji „Śmierci nie należy się bać. Do śmierci trzeba się przygotować”  Wanda Półtawska powiedziała:  Naucza filozof Karol Wojtyła w swoim personalizmie, że człowiek staje się taki, jak jego czyny, że jakość czynów przechodzi na sprawcę. I co więcej, za te czyny – w Liście do Rodzin pisze – będziecie odpowiadać! Czyny wasze, was sądzić będą. Nie to, co czujesz, nie to, co sądzisz, lecz to, czego dokonujesz!

 

Czy więc Chrystus jest sędzią? Twoje własne uczynki będą cię sądzić w świetle prawdy, którą znasz. Własne uczynki będą sądzić ojców i matki, synów i córki. Każdy z nas będzie sądzony z przykazań, również z tych, które wspomnieliśmy w tym Liście: z czwartego, piątego, szóstego i dziewiątego. Każdy z nas będzie sądzony przede wszystkim z miłości, która stanowi istotę i syntezę przykazań. „O zmierzchu życia sądzeni będziemy z miłości” — napisał św. Jan od Krzyża

Jan Paweł II „List do rodzin”

Tu  „Profesor traci czas” zamieszczone w „Oknie na cztery strony świata” na wiara.pl

Czyli dlaczego czasem warto być okradzionym? Jakoś tak mi się skojarzyło z tymi czynami matczynymi i wychowaniem.


5 Komentarzy

Jesienne zabawy

Jesienne zabawy w domu i ogrodzie są bardzo przyjemne. Jesienne zabawy to porządkowanie, grabienie, przycinanie i bajeczny odpoczynek. Oczywiście z Małą Dziewczynką.

Cały ogród jest żółty, czerwony, brązowy. Bronią się jeszcze pojedyncze kwiatki w innym kolorze, tworząc na tym tle plamy piękna. Liście  trzeba zebrać w sterty, rzucając się nimi trochę i trochę w nie (te sterty), podnosząc, podziwiając.

Potem palenie, wkładanie do środka ziemniaków, szukanie już upieczonych,  z czarną skórką, smakujących jak nigdy. Lubię zapach jesieni, liści, dymu.

liscie1

Porządki w ogrodzie też lubię, choć zawsze jestem potem zziębnięta i zmęczona. Ale co tam… można odpocząć na hamaku, na którym leży koc.  Z liści oczywiście

lisciehamak2

Przez chwilę nie myśleć o tym, że i to trzeba będzie posprzątać. Składanie hamaka i koca  zostawić na później. Zabrać ze sobą dary jesieni, które jakiegoś pochmurnego  dnia, gdy deszcz i wiatr zatrzyma Małą Dziewczynkę w domu, pomogą uruchomić wyobraźnię. Z szuflady wyjmie się wtedy korki od butelek, plastelinę i kolorowy papier. Czasem trzeba przetrząsnąć i trzy szuflady, zwłaszcza, gdy są trzy biurka.

liscie3 A Mała Dziewczynka chętnie wymyśli bajkę o mamie owcy i jej córeczce, zagubionych w lesie (trzeba je wyciąć i  zrobić drzewa z zakrętki, plasteliny, szyszek i liści). Ta rodzina  po wielu trudach znajdzie się na przyjaznej, pełnej kwiatów łące (łąkę świetnie udaje zielony papier kolorowy, a kwiaty się rysuje bądź wycina). Trochę się popasie, rozmawiając ze sobą o przedszkolu, paniach, siostrach i koleżankach. Potem zobaczy duże jezioro (do tego wystarczy niebieski papier).  Ale przecież owieczki nie przepłyną same tak głębokiej wody! I wtedy, gdy wydaje się już, że nigdy nie wrócą do domu, babcia przypomni sobie o formie do babeczki, która dobrze udaje łódkę.

liscie4

A potem to już jest prosto i bezpiecznie. Po drugiej stronie głębokiego jeziora, czeka na nie mama Małej Dziewczynki i pies. Zrobi się je z kasztanów i wykałaczek, ozdabiając plasteliną. Łatwizna 😉

Jesienna zabawa z Małą Dziewczynką na cały dzień…

liscie5


Dodaj komentarz

Żywe miasto 3

Jest w Warszawie miejsce, w którym robi się zdecydowanie cieplej. Nie jest to bez znaczenia, gdy dni są coraz krótsze, a temperatury coraz niższe. Wzbudza w mieszkańcach skrajne emocje, a ja je zwyczajnie lubię 😉 

Droga jest prosta, zwłaszcza, gdy wysiądzie się na właściwym przystanku, czyli na Nowym Świecie

Created with Nokia Smart Cam

Prosta nie musi być krótka, bo wokół mnóstwo kwiatów, zamkniętych w donicach i skrzynkach. Trudno się nie zatrzymać i nie zachwycić grą kolorów. Jak one wytrzymują te tłumy i spaliny?

Created with Nokia Smart Cam

 

A gdy podniesie się wzrok… wystawy, sklepy i wszystko, co tak skutecznie wydłuża drogę do celu. Zwłaszcza, ze w wystawach też kwiaty, a wejść pilnują krzewy

Created with Nokia Smart Cam

 

A gdy już naładuje się torebki lizakami, gazetami i książkami, pamiętając o bilecie powrotnym, który w Warszawie jest dość drogi,  wychodzi się na Rondo gen. Charles’a de Gaulle’a

Created with Nokia Smart Cam

 

 

Tam, nawet gdy drzewa już pozbyły się liści, trawa to żółtawe, obsikane przez psy strzępki, na Nowym Świecie kwiatki zamieniają się w sztuczne światełka i dnia prawie nie ma…

Created with Nokia Smart Cam

… tam zieleni się Palma Joanny Rajkowskiej. Nic nadzwyczajnego, zieleni się, bo jest sztuczna. Od razu robi się cieplej, prawda?


7 Komentarzy

Czerwona szałwia

Bardzo cenię szałwię lekarską.  Ale nie tylko lekarską, której rzeczywiście jest u mnie najwięcej, szałwia ozdobna i omszona też rośnie w moim ogrodzie. O tym, kiedy mało (szałwii), to wcale nie jest mało i o tym, kiedy kończy się cierpliwość.

W maju, a konkretnie TU pisałam o ogrodniczej porażce czyli o tym, jak zasadziłam zbyt małe sadzonki szałwii czerwonej zbyt wcześnie i jak przymrozki zimnej Zośki zrobiły z nich niteczki. „Wystarczyło trochę więcej cierpliwości!”- byłam na siebie zła. Rozejrzałam się po klombie i nie widziałam nic. Cała praca wielu tygodni stracona w jedną noc.

Ale niektóre roślinki zmrożone w bezlistne słupki, nie poddały się. Trochę z niedowierzaniem, trochę z niechęcią spoglądałam na nie na następny dzień, za kilka dni, za kilka tygodni. Ozdobą nie były. Obok kwitły poziomki, skrzyły się na granatowo lobelie, a one walczyły. Całe ich istnienie było walką. Ja tylko patrzyłam, bo ani nie mogłam, ani nie potrafiłam im pomóc, a one  nabierały kształtów. Rośliny obok nich odpoczywały po obfitym kwitnieniu, a one następnym nieśmiałym listkiem nabierały kolejnego oddechu. Ile tych sadzonek było? Spośród kilkudziesięciu może dwie, trzy.

Pewnego dnia mąż spojrzał w stronę klombu: „Uważam, że i tak się opłacało. Zobacz, jak się rozrosły!”. I miał rację, bo szałwie, jak już są silne, rozkrzewiają się bardzo mocno. I kwitną bardzo długo, dodając coraz to nowy kwiat. Są dobrze widoczne z daleka.

szalwia3

 

Cierpliwość mnie znowu zawiodła 🙂 „Nic” to nie to samo, co „niewiele”. A „niewiele” to nie to samo, co „mało”.

Tak, jak w życiu, tak jak w wychowaniu dzieci. „Nie zrobiłam żadnych wielkich rzeczy”, nie oznacza „nie zrobiłam nic”, „niewiele do niego dotarło”, nie znaczy „nic w nim nie zostało”, „mało mu przekazałam”. To zależy od rodzaju kwiatu. Czasem wystarczy ta jedna zmrożona niteczka. No… może dwie 🙂  Potrzebny jest tylko czas, dużo czasu i cierpliwości. Cierpliwości, wydawałoby się, bez granic.

Czerwone szałwie z dwóch niteczek:

szalwia2


3 Komentarze

Zamiast nalewki: szałwia

Może i nalewka jest dobra na przeziębienia i smutki. Ale to szałwia lekarska (Salvia officialis L.)  ma nadzwyczajne właściwości.

szalwia1

Szałwia lekarska rośnie w kilku miejscach naszego ogrodu, stanowi piękne tło dla czerwonych róż tuż pod ogrodzeniem, dobrze czuje się obok malw i orlików, ale najmocniej rozkrzewiła się tuż pod gankiem, gdzie siadamy z mężem w letnie wieczory (a nawet noce) z filiżanką herbaty czy kieliszkiem czerwonego wina. U naszych stóp kładzie się psina, która wierna i niezwykle czujna, reaguje na każdy odgłos za płotem, przeskakując nad szałwią i biegnąc bezszelestnie w kierunku ogrodzenia. Poruszona tym roślina, wydziela silny, swoisty zapach. Lubię tę ich współpracę. Zapach szałwi kojarzy mi się z opieką i bezpieczeństwem, nawet jeżeli jest to skojarzenie nazbyt optymistyczne. Może nie tylko ja mam takie skojarzenie?

W „Magii ziół” Andrzeja Skarżyńskiego przeczytałam, że Święta Rodzina w czasie ucieczki do Egiptu musiała szukać schronienia przed siepaczami pod krzewem szałwii właśnie, która nie dość, że Ją ukryła, ale otrząsnęła swoje drobne kwiatki, jak miękki dywan, zapewniając Jej wygodę. Otrzymała za to nadzwyczajną moc niesienia ulgi cierpiącym.

Jan Paweł II w swoim liście skierowanym do rodzin napisał: Pośród tych wielu dróg rodzina jest drogą pierwszą i z wielu względów najważniejszą. Jest drogą powszechną, pozostając za każdym razem drogą szczególną, jedyną i niepowtarzalną, tak jak niepowtarzalny jest każdy człowiek. Rodzina jest tą drogą, od której nie może on się odłączyć. A rodzina często jest drogą trudną i wcale nie tak bardzo bezpieczną. Drogą krętą, na którą w czasie burzy spadają ogromne konary mogące zabić nawet najsilniejszego, gdzie czasem błoto jest nie tylko po kostki, ale i po szyję, na której nawet słońce dobrobytu potrafi doprowadzić do raka skóry. Trudno ją przejść nie tylko dlatego, że nie ma czasu na zmówienie modlitwy i bywają załamania duchowe, ale i dlatego, że brakuje pieniędzy na buty, na hotel, by się przespać, na jedzenie, a wokół kręcą się siepacze z obietnicami doborobytu w zamian za głowę. I im więcej przeszkód, tym mniej osób towarzyszy dotkniętej problemami rodzinie, a mijając dzieli się owszem, ale jakimś rzuconym słowem, wstydząc się głębokiej rozmowy o prostych problemach. Dziś jest 16 października, dzień wyboru Papieża Polaka, a także dzień kolejnego dnia synodu o rodzinie, którego przebiegiem wiele osób jest zaniepokojonych i na który wiele innych patrzy z nadzieją. Tym bardziej warto napisać o szałwii. Taka niewielka roślina, a ma działanie przeciwzapalne, ściągające, przeciwskórczowe, kojące, żoładkowe, bakteriobójcze i przeciwpotne. Jest dobrą przyprawą: do ryby, mięs, makaronów ( wystarczy sos z szałwii i masła, żeby makaron stał się pyszną potrawą). Ale dostała te właściwości za to, że towarzyszyła w drodze, a nie tylko pouczała, dała wytchnienie, a nie tylko rzuciła garścią słów, rozścieliła dywan kwiecia, a nie podzieliła się niepotrzebną szmatą. Nie zbudowała szerokiej autostrady do nieba, ale uratowała tu na ziemi- i to Świętą Rodzinę, która choć święta, też znalazła się w tarapatach. I dopiero w ten sposób zasłużyła, by przynosić ulgę w cierpieniach.

szalwia


2 Komentarze

Jak umierają kwiaty

umieranie2

Umieranie nie zawsze jest piękne. Nawet te drzewa i krzewy, które pysznią się ciepłymi kolorami i tak bardzo teraz zachwycają, po kilkudniowym deszczu staną się tylko oblepionymi burymi kawałkami liści półżywymi pniami, konarami, badylami, patykami. Kwiatom jeszcze trudniej umierać. I nie oszukujmy się, najczęściej nie umierają ładnie.

Balkonowe petunie wyhodowane z małych nasionek, pachnące całe lato, też odchodzą. Pomimo podlewania i pielęgnacji, schną, łamią się, straciły zapach i intensywne kolory. Ale właśnie teraz, na końcu pożółkłych łodyg, ciągle jeszcze zakwitają kwiaty. Z roślinami jest, jak z ludźmi- czasem czując chorobę, cierpienie, koniec odmawiają kwitnienia lub wydają małe, chore owoce, ale czasem żegnają się ze światem hojnie i pięknie, choć same już piękne być nie mogą.


6 Komentarzy

Marcinki i motyle

O tym, że marcinki to nie tylko małe Marciny, czy można je spotkać na nadwiślańskim brzegu i być może ostatnim w tym roku motylu.

– O, zobacz, zobacz, całe pole marcinków- mąż aż przystanął ze zdumienia- Widzisz, ty je pielęgnujesz w ogrodzie, a one sobie tutaj- zatoczył ręką dookoła, pokazując na wysokie trawy, krzaczory i nadwiślański piasek- Tak sobie same rosną. Identyczne.

– Niezupełnie takie same- zaprotestowałam słabo, a słabo, bo chociaż zdziczały, w gruncie rzeczy też byłam pełna podziwu, że dają sobie tak dzielnie radę, zaledwie kilka kilometrów od centrum Warszawy. Gdybyśmy wspięli się na konar leżący opodal, widzielibyśmy samochody mknące Wałem Miedzeszyńskim. Pole dzikich marcinków nad rzeką w środku stolicy Polski!

Marcinki rosną w naszym wiejskim ogrodzie od samego początku. Dbam o nie- czyli na zimę (bo są mrozoodporne) przycinam, wiosną usuwam chwasty, żeby mogły się rozrastać, nawożę, a one powoli zawłaszczają przestrzeń i to nie tylko swoją. Przepychają się z różą, po bratersku ściskają hortensję i do spółki z nadmiarem deszczu pewnej wiosny, przepędziły tojad- to akurat dobrze, bo tojad jest mocno trujący.. Podobno nazwę zawdzięczają temu, że kwitną w dzień św. Marcina. Wiem, kiedy jest ten dzień, bo jeden z moich ulubionych kolegów w czasach ogólniaka miał tak na imię, a potem na studiach na roku też był Marcin. Świętego Marcina z Tours jest 11 listopada, ale nawet gdyby to miał być jakiś inny święty Marcin, na przykład ten, którego wspomnienie jest obchodzone 17 września, kwiaty te kwitną dużo dłużej, niż od września. W moim ogrodzie zaczynają panoszyć się w lipcu i rzeczywiście kończą po porządnych i to niejednych przymrozkach, mogłyby więc nosić imię także wielu innych świętych. Nazywałyby się może wtedy anulki, krzysztofki, krystynki, albo marynie. Są astrami, zaliczanymi do jesiennych, choć to w gruncie rzeczy kwiaty letnio- jesienne, łatwe w uprawie i bardzo urokliwe. Mam je w ogrodzie w kolorach różowym, niebieskim (pełne) i fioletowym. Motyle lubią jednak tylko jedne- do gustu przypadły im te fioletowe, najwyższe.

I tak  właśnie wyglądają na ogrodowych astrach.

ostatnimotyl3

 

A to są marcinki nadwiślańskie:

ostatnimotyl2

 

– Gdzie są marcinki, są i motyle- ruszyłam przez chaszcze, pewnie pełne różnego robactwa, w kierunku pola jesiennych astrów. Wisła skrzyła się za moimi plecami, pod butami miałam rzeczny piasek.  Znalazłam motyle.

Ciekawe czy to ostatnie tego roku?

ostatnimotyl1


2 Komentarze

Żywe miasto 2

Czy może się podobać brak porządku? Zauważyłam, że najlepiej posprzątane mieszkania, to te na sprzedaż albo takie, których mieszkańcy rzadko w nich bywają.

Jadę autobusem przez sam środek miasta. Nieduży korek nie bardzo mnie martwi, tu prawie zawsze są korki. Trasa Łazienkowska, hałas, spieszący się ludzie, znowu roboty w okolicy Metra Politechnika… Jesienne drzewa…  I naraz widzę „to”. „To” czyli przechwycony przez mieszkańców kawałek Warszawy. Klomb według ich pomysłu

PlacZbawicela1

 

Niby wygląda chaotycznie, ale…  Z jego (ich) perspektywy Plac Zbawiciela jawi się jako oaza spokoju

PlacZbawiciela2a

 

I nawet szkło i aluminium wydają się cieplejsze. Kocham Warszawę 🙂

PlacZbawiciela3


2 Komentarze

O zaczarowanym lesie (lęku)

 

las3

Zbliżaliśmy się do celu. Pożegnał się z nami ostatni kot, który towarzyszył nam w drodze przez wieś. Mała Dziewczynka odwróciła za nim głowę. Zaczęła przejawiać zaniepokojenie, zupełnie dla nas niezrozumiałe. Przed nami żółciły się krzaki, które otwierały las. Wchodziliśmy między nie drogą usłaną liśćmi. Nie nadawały się do bukietu, były zbyt suche i pomarszczone. Szeleściły pod nogami. Mała Dziewczynka stanęła.

– Boję się- spojrzała w gęstwinę. W środku nie było tak słonecznie i jasno, jak na drodze.

– Ale czego? Las jest piękny – chwyciłam ją za rączkę, trochę jeszcze oblepioną lukrem ze zjedzonego ciastka. Tym razem ten gest nie zadziałał, nie ruszyła się ani odrobinę.

– Czy tam są dziki i wilki?- przypomniała sobie ostatnio czytaną bajkę. A może film przyrodniczy?

– Nie!!!- zaprzeczyliśmy zgodnie- Nie w naszym lesie! Są tu sarny i lisy, jeże… Byłaś tu już.

– Eee… – jej mina była wymowna, choć nic nie powiedziała: „jak jest las, to są i dziki”.

– Ale nawet, jakby były, nawet jakby jakiś się zabłąkał, ja cię obronię- zapewnił Zygmunt, jej wujek. Okazało się, że tego potrzebowała, żeby ruszyć z miejsca.

A jesienny las okazał się piękny.  Dróżki rozszerzały się w gościńce.

las2

 

Zachwycały ogromne (bo niejadalne, jadalne pewnie zostały zebrane nad ranem) białe grzyby, jakby z bajki. Wierciły się mrówki w mrowiskach. Żaby uciekały spod butów. Zapraszały kałuże. Wystarczył ktoś przyjazny i mężny obok. Wtedy można było pokonać lęk.  I wejść do lasu 🙂

las2a