grand Mader

Świat jest ogrodem, ogród jest światem


11 Komentarzy

Tak szczęśliwy!

Jestem szczęśliwa! Tak szczęśliwa, jak ten pies!

szczescie

On jest bardzo szczęśliwy! To mój pies, więc widzę w jakim jest nastroju. Ja też jestem szczęśliwa. Wcale nie bez powodu. Z powodu. To znaczy- mam swoje powody, bo z niczego to i pies nie potrafi się cieszyć. Cieszę się, bo jest dużo, dużo słońca. I dużo czystego i pięknego śniegu.

szczescie1

Bo jest zima. Bo można napalić w kominku.Bo Mała Dziewczynka przyszła rano na moje kolana. Bo rozmraża się mięso na pyszne kotlety. Jestem szczęśliwa z tego powodu, że można upiec ciasto . Z powodu gorącej herbaty, która czeka na stole.

szczescie2

Bo przestały mi marznąć nogi. Bo spotkałam sąsiadkę. Bo nie spaceruję sama. Bo wchodzimy w las.

Bo świat jest piękny!

 

Co taki pies robi latem? TU

Pies czeka TU

Pies i na wszystko jest sposób TU

Reklamy


7 Komentarzy

Czekanie 4

Dwie świece w adwentowym wieńcu, to dobry czas na sprzątanie kątów. Dosłownie i w przenośni. Bez pośpiechu.

Wpadła mi w czasie tego sprzątania w ręce taka mała, miękka książeczka z wierszami ks. Jana Twardowskiego, pewnie dołączona onegdaj do gazety, zabawnie ilustrowana przez Marcina Strzembosza. Zagapiłam się…

Czekanie

Popatrz na psa uwiązanego przed sklepem

o swym panu myśli

i rwie się do niego

na dwóch łapach czeka

pan dla niego podwórzem łąką lasem domem

oczami za nim biegnie

i tęskni ogonem

pocałuj go w łapę

bo uczy jak na Boga czekać

Spojrzałam na naszego psa

pies

Tak jak on to nawet potrafię czekać. Bez całowania łapy. Całą sobą, ale bezczynnie, aby przespać czas do spotkania, do powrotu Pana. Wtedy mija szybciej. Bez jedzenia. Bez picia. Tylko przetrwać. Potem- gdy coraz tego czasu więcej, gdy się dłuży, pies stara się znaleźć sobie zajęcie. Wskakuje na krzesło, wypatruje przez okno, zrzuca czasem doniczkę, obsypują się kwiaty. Widzi coś, więc radośnie macha ogonem, przewraca wazonik… A potem jeszcze- gdy Pan nie wraca godzinami, gdy to jest bardzo długo… zagląda do kuchni, przetrząsa resztki w koszu na śmieci, być może coś wywleka na dywan, rwie ze wściekłości (jak długo tak można czekać!) i w momencie, gdy Pan pojawia się z karmą w torbie, z uśmiechem… już tylko się boi. Bo czekając- narozrabiał…


19 Komentarzy

W lesie

O liczeniu w lesie. Możecie się na mnie złościć, bo na zewnątrz rozgrywają się ważne dla Polski i Warszawy sprawy w związku z wyborami samorządowymi, a ja zamiast je komentować, idę z Małą Dziewczynką na wycieczkę, ale… W związku z tym, że nikt nie może (nie potrafi?) do tej pory policzyć głosów, koniecznie chciałam poćwiczyć tę  umiejętność z wnuczką, zanim znajdziemy się z nią w prawdziwym lesie…

Zaczęło się od kaszlu. Mała Dziewczynka otworzyła posłusznie buzię, żeby wypić zalecaną porcję syropku

– On jest taki troszkę niesmaczny, wiesz?- skrzywiła się. Cały dzisiejszy dzień- nie tylko w związku z tym, że głosy wyborców nie mogły być przez awarię systemu porządnie zliczone- zapowiadał się „troszkę niesmaczny”, nieudany. Szaro, buro, ponuro i mokro, a w dodatku ten kaszel…

– Wiesz co? Chodźmy na wycieczkę!- zaproponowałam

– Gdzie?- ucieszyła się Mała Dziewczynka

– Do lasu!

– Przecież nie mogę! Pada, zobacz!

– Więc las przyjdzie do nas!

Na początek włączyłam śpiewy leśnych ptaków, które są TU i wszystkim przydadzą się dziś dla odprężenia. Zostawiłyśmy muzykę w dużym pokoju, a same poszłyśmy do dziecinnego, spakować plecak. Do niego : drugie śniadanie, soczek, kilka garnuszków (małych, ale bardzo solidnych), latarkę, świecę i zapałki (pamiętając, że dziecko plus zapałki równa się pożar), dwie książeczki o zwierzętach, zielony papier kolorowy, nożyczki, serwetki, małe sztućce, kilka kartek z kolorowankami, grę (kto ją jeszcze pamięta?)- „Grzybobranie”, koce i kapę. I co tam jeszcze lubicie mieć na wycieczkach. Do pokoju, w którym zawitał las, miałyśmy daleką drogę. Z plecakiem i wypadającymi z rąk rzeczami (komórkę, komórkę babciu wieź), łatwo nie było, zwłaszcza że musiałyśmy najpierw obejść wszystkie kąty domu. Przysiadłyśmy na moim łóżku i poczytałyśmy dla rozgrzewki bajkę Ezopa „Osioł w skórze lwa”… Gdy wreszcie osiągnęłyśmy duży pokój, tfu, centrum lasu, ustawiłyśmy krzesła wokół dywanu. Rozejrzałyśmy się… No, drzewa to trzeba było sobie samemu „zrobić”. I do tego miałyśmy papier kolorowy i nożyczki, przecież!

las1

 

Drzewa rosły, plecak został wypakowany, przyszła pora na rozstawienie namiotu, który udawały zaczepione na oparciach krzeseł koce. Ledwie schowałyśmy się w nim, gdy przyszedł… wilk

las2

Próbowałyśmy odstraszyć go latarką, ale był nią wyraźnie zainteresowany. A ile było przy tym radości! Po kryjomu przed nim bawiłyśmy się trochę w memo i pokolorowałyśmy jeża i liście. Uciekł dopiero wtedy, gdy rozpaliłyśmy ognisko (świecę!), którego jak wiadomo boją się wszystkie dzikie zwierzęta. Przystąpiłyśmy więc do spałaszowania pysznego jogurtu i ugotowania czegoś w sam raz na drugie śniadanie

lsa2

 

Przydało się wszystko: i serwetki, i naczynka, i świeca… W takim lesie śniadanie dużo bardziej nam smakowało. Potem starałyśmy się znaleźć metodą ciepło- zimno szyszki pochowane w różnych dziwnych miejscach (uważnie je licząc i przeliczając). Śpiewałyśmy piosenki- niestety, nie umiem grać na domowych instrumentach, więc wspomogłam się znowu youtubem TU

No i ostatnia atrakcja: „Grzybobranie”. Poczciwa, stara gra, którą mamy w wydaniu Granny. Rzucanie kostką, liczenie punktów, kroków, zbieranie i wrzucanie do koszyków grzybów. a potem podliczanie, porównywanie i ogłaszanie zwycięzcy, czyli robienie tego, z czym komisja wyborcza jest… w lesie, poszło nam świetnie. Po powrocie do kuchni, ugotowałyśmy krupnik!


12 Komentarzy

Zaskakujący finał

Dorota Wolanin zaprosiła mnie na fejsbuku do zabawy, która miałaby polegać na tym, że przez kolejne pięć dni mam zamieszczać po jednym (w sumie pięć)  swoich czarno- białych zdjęć. Pięć zdjęć to pięć różnych historii, pięć odmiennych światów, które się kryją się za obrazkiem. Piątego dnia wybrałam obrazek, który nazwałam „Prawie symetria” i miałam dodać do niego historię o niezwyklej przyjaźni. Musiałam tylko najpierw pójść do przychodni na rutynowe badanie. A tak znalazłam się na kilka dni w szpitalu. Dziś jestem już w domu, ale piąty, ostatni czarno- biały, wpis wygląda inaczej

symetria

 

Mała Dziewczynka czekała grzecznie na zaproszenie. Stała obok łóżka. Babcia jeszcze leżała (sobota i pierwszy dzień po powrocie ze szpitala) a ona była już na nogach. Czekała niepewna. Podsłuchała rozmowy o tym, że o babcię trzeba dbać i dużo się teraz zmieni. Może babcia zmęczyła się tak bardzo wspólnym, porannym czytaniem?

Uśmiechnęłam się do niej i już wiedziała, że może wskoczyć i ułożyć się obok. To się nie zmieni.

– Co czytałyśmy ostatnio?- zapytałam sennie. Kilka dni temu, zanim…

– Zanim poszłaś do szpitala?- chciała się upewnić. Minę miała zbyt poważną, jak na wesołą wnuczkę

– Tak, tak, zanim… – czułam się, jakby rok minął, choć to zaledwie kilka dni- …pojechałam do szpitala. Zupełnie nie pamiętam, wyobraź sobie!

– No przecież „Pięciopsiaczki”! – zerwała się i przyniosła książkę.

Po chwili przewracałyśmy kartki, żeby podjąć przerwany wątek:

Pięciopsiaczki mają już sześć tygodni.

Trzeba pomyśleć o tym, żeby je oddać w dobre ręce- powiedziała mama…”

 

Nic nie poradzę. W pokoju brzmiał mój głos, czytający „Pięciopsiaczki” Wandy Chotomskiej (polecam!) a myśli powróciły do przychodni, do szpitala i przypomniały mi o wszystkich dobrych rękach, w które trafiłam. Od obcych ludzi tak wiele zależy! Czasem całe ludzkie życie, nie tylko ciało, w tych rękach trzymają. To takie ważne, zwłaszcza wtedy, gdy jest się bezradnym, czy chorym.  Osiemdziesięcioletnia starsza pani opowiadała po przywiezieniu na salę: „Ja nawet czułam, że umieram. Pogodziłam się z tym. Zamknęłam oczy i chciałam już znaleźć się u Pana Boga. A potem  otworzyłam je i zanim poczułam, jak bolą mnie połamane reanimacją żebra, zobaczyłam nad sobą dwie roześmiane twarze. Żeby pani widziała, żeby pani widziała, jak oni się cieszyli, jak się uradowali, że mnie uratowali! Że żyję! Taka stara! Tak żałuję, że nie mogłam im zdjęcia zrobić! Mogłabym sobie potem, gdy będę miała złe chwile, bo w życiu jest najwięcej cierpienia, pani wie sama i czasem pewnie nie ma siły żyć, mogłabym sobie na te ich roześmiane twarze, jeszcze raz popatrzeć”. To takie ważne i takie trudne, żeby samemu te „dobre ręce” mieć, bo przecież i na mojej drodze wiele osób staje i jest na te moje ręce dosłownie: skazanych. Na  życie lub śmierć. Czarno- biało.


7 Komentarzy

1 września. Na wszystko jest sposób

pilka3

 

Mamy trudności z graniem w piłkę, szczególnie gdy gra dotyczy piłki podbijanej, podrzucanej, wybijanej w górę. Trudno, jak się ma „latającego psa”, instynkt podpowiada mu, że taką piłkę należy złapać za wszelką cenę i jak najszybciej przynieść opiekunowi. Ten pies wprawdzie jest także ćwiczony w posłuszeństwie, więc gdy słyszy „zostaw”, czuje dyskomfort, ale instynkt jest silniejszy. U naszego psa w grę wchodzi jeszcze niechęć do robienia nam przykrości i miłość. Taka miłość psia- silna i oczywiście niedojrzała. Ale jednak, choć po psiemu, odpowiedzialna. To ona podpowiada psu, zwykłemu psu, żeby postarać się oprzeć pokusie. Zwierzę biega wokół nas, starających się grać w siatkówkę, chce być posłuszne, więc bierze do pyska patyk: „jak się ma w nim patyk, trudno złapać piłkę”- myśli zapewne, bo skoro samo na to wpadło, musiało przecież pomyśleć. No, ale jednak ten pysk bezwiednie się otwiera i kłapnie, bo pokusa jest zbyt silna. Pies wtedy łapie drugi patyk. Ma dwa i musi się na nich bardziej skupić. Czasem, zamiast piłki, chwyci nawet trzeci. Trzy patyki w mordzie to już nie lada wyczyn. ( Myślę sobie o tym, że mogliby niektórzy ludzie uczyć się od niego walczyć z pokusami, ale o tym kiedy indziej)  Żal nam psa, więc staramy się nie wodzić go na pokuszenie i rzadko gramy w piłkę. Żal  nam jednak też wspólnej, rodzinnej zabawy.

Wreszcie… wpadliśmy na pewien pomysł: nasz pies przecież nie cierpi wody! Zagraliśmy więc w basenie.

I to był świetny pomysł! Na wszystko jest sposób!

pilka

Początek roku szkolnego to początek czegoś zupełnie nowego, nawet w starej szkole. Czyste rubryki w dzienniku (i w nowoczesnym edzienniku też!). Nawet, gdy nauczyciele czy uczniowie są pamiętliwi, można spróbować lepiej, na nowo. Dziś sobie tak myślę optymistycznie, że na wszystko znajdzie się sposób!


2 Komentarze

Sarenka i pies. Przeciw cierpieniu.

sarenka1

 

Wczoraj była sielanka. Żniwa udały się nadzwyczajnie. Klęska urodzaju, choć zwana „klęską” jest lepsza od dzielenia się biedą.  Kombajny i ciągniki jeździły po polach, ludzie pracowali uśmiechnięci, spacerowały  bociany, wybierając dla siebie co smakowitsze kąski. Dzieciaki chlapały się w wodzie i wodą, wykorzystując każdą chwilę, żeby się ochłodzić.

Zabawa i radość jednych czasem oznacza dla innych początek końca. Choćby bezpiecznego schronienia.

sarenka2

Z. który dziś rano wyszedł z psem na spacer, usłyszał, jak coś woła żałośnie. Wydawało mu się, że to zagubiony młody kociak. Pospieszył na ratunek. Trochę martwił się tylko, jaka będzie reakcja psa. Dużych kotów nie lubi, zwłaszcza, gdy panoszą się nam po podwórku. Ale maleństwo?

sarenka3

To, co zobaczył, jednak zupełnie go przerosło. Mała ranna sarenka, leżała w polu. Pochylił się i pogłaskał ją. Piszczała. Ze strachu czy bólu? Widział krew. Pobiegł więc po pomoc, bo trudno było ocenić mu jej stan, zwłaszcza, że nie chciał jej dodawać bólu, nieumiejętnie dotykając. Jednak pies, nasz pasterski, dobry pies, już wiedział. Obwąchał maleństwo i starannie, delikatnie zaczął wylizywać jej łebek: „Nie mogę ci pomóc”- mówiły jego zmartwione, brązowe oczy – „Ale nie bój się, zaraz koniec, a jestem przy tobie”. Sarenka nie znała dotąd takich psów. Zaczęła się uspokajać.

sarenka4

Nie można było jej pomóc. Kombajn poranił ją tak mocno, że zdychała.

Staliśmy bezradni i smutni, patrząc na troskę psiny i gasnące oczy lizanego zwierzątka.

Chciałabym, żeby ta historia miała inne zakończenie. Chciałabym, żeby była dalszym ciągiem wczorajszej sielanki. Ciepłą opowieścią o uratowanej sarence. Letnią przygodą. Radosną wakacyjną lekcją przyrody. Chciałabym oszczędzić dzieciom patrzenia na cierpienie. Wszystkim cierpień oszczędzić bym chciała. I łez. Ale tak się nie da. Dziś jedynie mogłam przytulić, wytrzeć je i potwierdzić „Nic nie mogliśmy już zrobić. Tylko współczuć i być.” Jak ta psina.

 

Zdjęcia sarenki robił Z. który przypuszczał raczej, że jest świadkiem rodzącej się przyjaźni, niż gasnącego  życia.


1 komentarz

Niedaleko padło…

jabłko od jabłoni. Czy jaka matka, taka córka. Albo jeszcze coś tam. Popołudnie w ogrodzie: krokodyl pozostal w basenie, odpoczywajac po głośnych szaleństwach, konik na popasie, a Mała Dziewczynka z mamusią zabrały się do ZADANEK

wogrodzie

Wyglądało na tyle interesująco, że  postanowil im towarzyszyć… pies. Border collie to rasa, która uchodzi za jedną z najinteligentniejszych, ale żeby aż tak?

ogrod2 kopia