grand Mader

Świat jest ogrodem, ogród jest światem


11 Komentarzy

Łąka jak pastwisko

Nie ma co się oszukiwać, to nie jest uporządkowane życie… Takie puszczone trochę na żywioł jest. Jak ten pozornie „zapuszczony” trawnik pośrodku miasta czyli miejska łąka

laka1

Mój mąż miał wypadek. Staram się teraz, jak mogę. Wstaję więc najwcześniej- choć  najwcześniej budzi się jak zwykle mąż. Tyle tylko, że on wstać nie może. Siedzi więc i czeka. Ja wstaję.

I znowu jest pewien rytm. Ale tylko „pewien”, zupełnie inny, niż „normalnie” Staram się trochę pracować za męża i trochę za siebie. Różnie wychodzi. On też się stara.

I staramy się uporządkować życie dookoła siebie. A i tak rośnie, co chce. Siejemy, ale wszystko wschodzi po swojemu. Sprawy biją się między sobą o pierwszeństwo.laka2

Zasmuca nas to czasem. Trochę to przeraża, jak jazda w dół bez trzymanki. Za szybko, za stromo. „Nie damy rady. Spadniemy na łeb”. A jednak nie!  Jednak to fascynuje i  zachwyca. Szczególnie to, co wyszło. Uczy pokory. Uzbraja w cierpliwość. Napawa nadzieją.”Skoro taki ostry zakręt udało się dziś pokonać, może jest po co podnieść się i jutro”. Damy radę ? (!)

laka3 Przecież łąka kwitnie. A to sprawia radość. Jest za co dziękować: Panu Bogu, dobrym ludziom, sobie.  Same korzyści taka łąka w mieście! Przeczytajcie

laka4

Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego.  Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć:  orzeźwia moją duszę. Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoje imię. Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.

 

 


13 Komentarzy

Zachować radość fiołka

Macie dość kampanii prezydenckiej? Ja też. Kiedyś malowano trawę na zielono, ja proponuję malowanie…  fiołków. Po co? Fiołek wonny (Viola odorata L.) jest jadalny. Można z niego robić dekoracje i… cukierki.

viola

Fiołek wonny jest byliną, którą sprowadziłam do kącika leśnego w moim ogrodzie. W ciągu trzech lat rozrósł się bardzo i właśnie o tej porze roku kwitnie. Właściwie surowcem zielarskim jest całe ziele fiołka wonnego razem z korzeniami, w którym jest wiolina, wiolatozyd, pochodne delfinidyny (wiolanina), olejek eteryczny, saponiny triterpenowe i śluz. Działa on wykrztuśnie, napotnie, moczopędnie, odkażająco, żółciopędnie i rozkurczowo. Rozrzedza zalegający w drogach oddechowych śluz i tym samym ułatwia jego wydalenie. Oczywiście nie wyrywam kupionej w kilku sklepach, pięknej roślinki, za bardzo mi żal, może to i dobrze, bo przedawkowanie wonnego fiołka powoduje nudności, wymioty i biegunkę. Co innego kilkadziesiąt kwiatów!

Te zrywam króciutko i zamiast zrobić z nich bukiecik, który zaraz zwiędnie, kilka fiołków dodaję do sałatki, a wieczorem…

viola1

A któregoś dnia wieczorem usiadłam z miseczką zerwanych kwiatków i słuchając utyskiwań Teściowej, starałam się zachować młodość i urodę fiołków. Oddzieliłam żółtko jednego jajka kurzego od białka, białko przelałam do filiżanki,wzięłam mały pędzelek, talerzyk, cukiernicę ze zwykłym białym cukrem w kryształkach.

viola2 kopia

Malowałam płatki fiołka ze wszystkich stron bialkiem. Małowałam, słuchając, że starość jest ciężka i samotna, nawet gdy obok są dzieci i wnuki, nawet gdy widzi się je codziennie. Nawet, gdy nic nie boli, bo przecież i wtedy sił nie ma. Nie cieszy nic, bo człowiek sam nie wie, czego chce, zjadłby co innego, niż mu podają. I nikt go nie zrozumie. Co to znaczy sam spacer po ogrodzie? Nic nie cieszy człowieka starego. Czasem ręce mi drgnęły, bo kwiaty fiołka maluśkie, a pomalować je trzeba dokładnie, potem posypać tym cukrem, skrzącym się na nich po wysuszeniu, odlożyć kwiatuszkiem do góry na papier do pieczenia.

viola3

A suszy się je ot tak po prostu: cały dzień zostawiając rozlożone na papierze, potem pół godziny dosuszajac w piekarniku w 50 stopniach. Jedna blacha, potem druga blacha była gotowa, ułożona na stole ogrodowym, który jeszcze stoi w saloniku. Ręce mi jeszcze trochę drżały, ale oczy już uśmiechnęly się na widok fiołków. Zachowam na trochę ich świezość i młodość. Udekoruję nimi tort, deser, będę udawała, że nie widzę, jak dzieci podkradają je z talerzyka i pochrupują nimi, jak słodkimi chipsami. Utyskiwanie ustało, Teściowa zmęczyla się i przysnęła.

Starożytni Grecy wierzyli, że fiołek to kwiat płodności, długowieczności i optymizmu. Warto je pomalować, w przeciwieństwie do kampanijnej trawy, niech ta będzie naturalnie zielona.


8 Komentarzy

Wielkanocny śnieg wielkości liści

Święta są Zmartwychwstania Pańskiego i co ma do tego grad i śnieg z deszczem, które starają się nas przekonać, że nam się tylko tak wydaje ?

mazurek2

Pisałam do koleżanek, które martwiły się, że z powodu wydarzeń w pracy i chorób, nie będą mogły być w okresie Triduum w kościele, słowa pocieszenia, a o mały włos i nasza skromna, zdrowa reprezentacja rodziny nie dojechałaby wczoraj na Mszę Wieczerzy Pańskiej. Pakowanie się opóźniało, wyjeżdzanie się opóźniało, a potem korki przytkały nas w drodze. Policja stała w kilku miejscach, sprawdzając, kogo się dało i choć obciążeni pasażerami  i bagażami, jechaliśmy uważnie, nas też zatrzymała. Nerwowe spoglądanie na zegarek i ciche pokwikiwanie świnki morskiej, wydało się podejrzane, bo dokumenty i zawartość pojazdu zostaly obejrzane ze wszystkich stron. Może chcemy uciec na Wschód? Nie mamy nic do policji, ale nie wtedy, gdy przeszkadza nam w Drodze. Nie było mowy, żebyśmy zdążyli ! Po krótkiej konferencji telefonicznej z naszym wiejskim sąsiadem i znaleźliśmy jednak parafię, która nas przyjęła. To był mały. stary drewniany kościólek, w którym był chrzczony mąż. Możliwy jest więc powrót do źródeł, gdy za oknami grad i śnieg i gdy coś idzie nie po naszej myśli.

mazurek1

Nie mam żadnego dobrego przepisu na Święta Wielkiej Nocy, gdy stres, choroby, tłok, policja i zła pogoda. To nie mazurek, który się zawsze udaje. Jest, jak jest. Trzeba się wtedy trzymać blisko siebie i Jezusa Chrystusa.

I takich Świąt Wam i sobie życzę

Dziś w oczekiwaniu na nabożeństwo Drogi Krzyżowej dekorujemy jajka mazurki. Jeden z nich jest kajmakowy, drugi bezowo- pomarańczowy. To są pyszne ciasta, tylko żeby je zjeść, trzeba jeszcze poczekać 😉

mazurek3


11 Komentarzy

Dziwny koniec/początek

Tak ! Tak ! Wyrwaliśmy się wreszcie z miasta, przyznaję, że pięknego, żywego miasta, i kaszląc i kichając wyruszyliśmy na wieś, zobaczyć wiosnę na własne oczy.

Ale, ale, jaka to wiosna, gdy w wyziębionym przez długie tygodnie nieobecności domu, stała ubrana w łańcuchy i zabawki choinka? Ta w mieście została rozebrana na czas, ta na wsi została sama w pustym domu. Niby kogo to obchodzi? Niby w mieście – nikogo, ale na wsi panują inne zwyczaje. Tu jest porządek, pewna kolej rzeczy i żeby coś nowego się zaczęło, coś przedtem trzeba zakończyć. Posprzątać, pozamiatać – choćby nawet pod dywan – i zostawić za sobą. Pilnuje tego wiele osób. Właściwie wszyscy, bo jakoś każdy zakłada, że sam zainteresowany może być dla siebie akurat zbyt hmmm… wyrozumiały. A jednak słysząc nasz kaszel, sąsiedzi litosiernie zmilczeli, kiwając tylko głową nad naszą skomplikowaną sytuacją w tym nad zawieszeniem między miastem a wsią. Choinka dzielnie wytrzymała szarpanie, pozbawianie ozdób, odzieranie ze świecidełek i nawet, dumna i ciągle całkiem ładna, dała sobie zrobić ostatnie zdjęcie.

choinkawiosna

Potem można było wyjść do ogrodu. Z choinką i nie tylko. A ogród wyglądał tak:

choinkawiosna1

Dużo nawianych (mimo zgrabiania!) liści, jakieś patyki, kopce kreta (nie mam na myśli ciasta!), nierówna, wielokolorowa z przewagą żółci i beżu trawa , mech… słowem bałagan.

Jednak, gdy tylko rozsunęło się suche liście, trawę, okazało się, że tuż pod nimi są takie skarby

choinkawiosna2

Znowu – w ogrodzie, jak w życiu. Cokolwiek by się nie nabałaganiło, nawet i bez naszego udziału, są niespodzianki, które na nas czekają niezależnie od naszej kondycji (nawiązuję do kaszlu ) , gdy tylko posprzątamy i po nie sięgniemy, ot tak rosną w trawie. Zasiane, wkopane już dawno, skarby trochę zapomniane i zaniedbane.

choinkawiosna3

choinkawiosna4a

Czy to nie dziwne, że pomimo upływu wielu lat i przeżycia wielu rozczarowań wciąż w to wierzę?

Wiosna w tamtym roku „Trochę czasu” TU

Więcej zdjęć na instagramie https://instagram.com/marzenaderesz/


5 Komentarzy

To nie pora ostatnia

Zabawy z Małą Dziewczynką nie zawsze są edukacyjne i rozwijające. Zwłaszcza, gdy chorych dziewczynek jest więcej. Zwłaszcza, gdy chore są same dziewczynki. Wtedy zabawy są tylko, aż i po prostu wesołe.

ciemnosci

Marzy nam się, żeby już były już Święta. A może nawet koniec maja i koniec kłopotów. A tu za kilka ciepłych i słonecznych dni, trzeba odpokutować takimi, gdy za oknem ciemno i ponuro, a i w środku choróbsko i smutek.

Na to dobre są… malowanki. Niekoniecznie na kartonie z bloku rysunkowego.

ciemnosci0

I dobre słowa, a słowa świętego to już szczególnie

”Jeśli ktoś lub coś każe ci sądzić, że jesteś już u kresu, nie wierz w to! Jeśli znasz odwieczną Miłość, która cię stworzyła, to wiesz także, że w twoim wnętrzu mieszka dusza nieśmiertelna. Różne są w życiu „pory roku”: jeśli czujesz akurat, że zbliża się zima, chciałbym, abyś wiedział, że nie jest to pora ostatnia, bo ostatnią porą Twego życia będzie wiosna: wiosna zmartwychwstania. Całość twojego życia sięga nieskończenie dalej niż jego granice ziemskie: Czeka cię niebo” Jan Paweł II

Jest ciemno i ponuro, to prawda, ale przecież… niechby i przez łzy… widać nadzieję 🙂

ciemnosci1


5 Komentarzy

Skąd wziąć poziomki?

 Na wsiach piegowate dziewczęta rozcierały na buzi jagody poziomki, piegi w cudowny sposób znikały na kilka tygodni – piszą o poziomkach w „Zielniku dla każdego”, o którym już na swoim blogu wspominałam.

W kosmetyce maseczka z owoców poziomki jest zalecana nie tylko dla wiejskich dziewcząt, nie tylko na piegi, ale także dla ogólnej poprawy kondycji każdej skóry. Osoby o cerze suchej roztarte owoce powinny zmieszać z gęstą śmietaną. Ale skąd wziąć poziomki zimą?

Z półki?

Zobaczyłam na półce w pokoju „Trzynasty miesiąc poziomkowy” Krystyny Siesickiej. W „Przydrożnym barku” właściciel tak rozmawia z klientką:

– Co mam podać?

– Naleśniki wegetariańskie z surówką mix.

– Coś do picia?

– Widziałam, że macie panowie koktajl z owoców leśnych, jakie to owoce?

– Jagody, poziomki. Na bazie czarnej porzeczki.

– Poproszę.

(…)

Poziomki, dotarło do niej nagle. O tej porze roku poziomki. Nie widziała nigdzie poziomek zamrażanych w paczkach. Wrócił i przetarł czystą, wilgotną ściereczką blat jej stolika.

– Skąd wy macie poziomki w listopadzie? – zapytała.

– U nas, proszę pani, poziomki serwuje się przez cały rok. Dla naszych poziomek nie ma żadnego listopada, proszę pani. W naszym kalendarzu, proszę pani, jest zawsze trzynasty miesiąc poziomkowy.

Wątpliwości miłej pani były uzasadnione, bo w listopadzie nie dość, że brakuje na krzaczkach owoców, to same liście też nie nadają się do zbiorów, bo wyglądają tak ( nawet przy sprzyjającej pogodzie ).

poziomki1

Książka jest równie apetyczna, jak same poziomki. Nie dowiedziałam się jednak, skąd je wziąć.

Z lodówki ?

Są gdzieś mrożone poziomki, bo wujek google je znajduje. Osobiście nie widziałam, przekładałam jedynie w sklepowych zamrażarkach truskawki, jagody, wiśnie, a nawet maliny. Mamy w ogrodzie kilka krzaczków poziomek, takich właśnie, owocujących od wiosny do jesieni

poziomki2pr

Ale… jakoś nigdy, przenigdy nie udało nam się zamrozić nawet jednej malutkiej poziomki. Bardzo często zjadamy je od razu na miejscu, w ogrodzie, ewentualnie przynosząc do domu Małej Dziewczynce lub babci (prababci), której trudno się schylać. Mrożenie tak smacznych owoców w naszej rodzinie się zdecydowanie nie udaje. Wiem jednak, że na całym świecie, głównie w strefie umiarkowanej, uprawia się dziś około 400 odmian poziomek – od czerwieni, poprzez róż, biel, aż do żółtej. Prawdopodobnie komuś gdzieś trochę zostało…

Jednak z półki?

Z półki w kuchni zdjęłam taki oto słoik.

poziomki4

Nie ma w nim suszonych owoców, mrożonych czy utartych tym bardziej, są za to liście poziomki. Nie mogą równać się ze smakiem owoców. Ale napar posłodzony prawdziwym miodem ( pszczoły zapewne nasze poziomki nie tylko mijały w locie, ale i ich próbowały) popijany w trakcie czytania „Trzynastego miesiąca poziomkowego” powinien pomóc przetrwać do wiosny. Niechże spojrzę: Tom miksował własnie poziomki, rano wyjął je z zamrażarki ( a jednak! – przyp. mój ) i teraz wsypał do trzech koktajli z owoców leśnych, zamówionych przez zaprzyjaźnione ze sobą panie, które chichotały głośno, siedząc przy stoliku w rogu salki, tuż pod reprodukcją „Przyjaciółek” Klimta.

poziomki3

Napar z liści poziomek jest ponadto zalecany na dolegliwości skórne, miażdżycę naczyń, nadciśnienie i kłopoty z nerkami. Wzmacnia po przebyciu ciężkich chorób.


2 Komentarze

Odliczanie 1

Świec 4, kalendarza adwentowego ciągle nie ma i nie będzie. Przygotowywanie potraw: w toku. Tęsknota za Świętami Bożego Narodzenia: ogromna.

rodzina2

Nie jest wesoło, jest momentami nerwowo 🙂 Ale bardzo się staramy. Najbardziej pies, który szczekał nawet na choinkę, a potem zadowolony z siebie wskoczył na świeżo wypraną kapę, świeżo ubłoconymi łapami…

Nie wiemy jeszcze, czego zapomnieliśmy oprócz kalendarza adwentowego, ale pamiętam taki rok… 2012

Bezradnie miotałam się po domu, zaglądając w miejsca, które wcześniej sprzątałam. Niepotrzebnie, bo zapomnianego Opłatka tam z pewnością nie było…

Najstarsza prawdopodobnie już była chora, jak się pakowała i wyjeżdżała do nas na wieś. W czasie Wigilii, wiedzieliśmy to już na pewno ( trzydzieści dziewięć mówiło samo za siebie!), a ona informowała nas tylko, czego zapomniała zabrać. Nieważne, nieważne – odpowiadaliśmy. Tak nam się wydawało, dopóki nie wpadła do kuchni ze łzami w oczach ( z temperatury, czy przejęcia?) mówiąc” Nie zabrałam Opłatka!”. Jakichś drobiazgów, jednego prezentu, przez chwilę prądu, potem zdrowia i cierpliwości już brakowało w naszym domu, przecież wcześniej wiedziałam, że brak jest także częścią Świąt Bożego Narodzenia. Ale Opłatka żeby nie było? (Nieważnie – rzucił ktoś, ale jakoś bez przekonania)

Za późno, żeby pojechać na plebanię.

Bezradnie miotałam się po domu, zaglądając w miejsca, które wcześniej sprzątałam. Niepotrzebnie, bo zapomnianego Opłatka tam z pewnością nie było… Spojrzałam jeszcze na półkę ze starymi rachunkami. Na samym wierzchu leżała tam biała, czyściutka koperta. Dotknęłam jej i ze środka wypadł wizerunek Zygmunta Szczęsnego Felińskiego: uśmiechnięta, spokojna twarz, życzenia z 2010 roku i … Opłatek Wigilijny, lekko ułamany z jednej strony. Życzenia od Świętego, który opiekuje się naszą rodziną. To ci niespodzianka! Chciał z nami tego dnia być! Wiedział, ze nie będzie prosto.

Bo potem było już było tak… normalnie. Nie wiem, jak u pastuszków kiedyś dawno, ale u nas były i uśmiechy, i łzy, i radość, i ogromny ból. Jak to u ludzi, którzy szukają wciąż Boga, trochę po omacku obijając się w ciemnościach, może tylko w tę Noc wyraźniej widząc światełko. A Opłatek się znalazł – między kartkami Resnicka. Tym mocniej się upewniłam, że Zygmunt Szczęsny chciał przy nas w tę Wigilijną Noc być.

Tekst ukazał się TU

Niech nad Wami i nami czuwają dziś Wasi Święci 🙂 I jeszcze coś:

rodzina3


19 Komentarzy

W lesie

O liczeniu w lesie. Możecie się na mnie złościć, bo na zewnątrz rozgrywają się ważne dla Polski i Warszawy sprawy w związku z wyborami samorządowymi, a ja zamiast je komentować, idę z Małą Dziewczynką na wycieczkę, ale… W związku z tym, że nikt nie może (nie potrafi?) do tej pory policzyć głosów, koniecznie chciałam poćwiczyć tę  umiejętność z wnuczką, zanim znajdziemy się z nią w prawdziwym lesie…

Zaczęło się od kaszlu. Mała Dziewczynka otworzyła posłusznie buzię, żeby wypić zalecaną porcję syropku

– On jest taki troszkę niesmaczny, wiesz?- skrzywiła się. Cały dzisiejszy dzień- nie tylko w związku z tym, że głosy wyborców nie mogły być przez awarię systemu porządnie zliczone- zapowiadał się „troszkę niesmaczny”, nieudany. Szaro, buro, ponuro i mokro, a w dodatku ten kaszel…

– Wiesz co? Chodźmy na wycieczkę!- zaproponowałam

– Gdzie?- ucieszyła się Mała Dziewczynka

– Do lasu!

– Przecież nie mogę! Pada, zobacz!

– Więc las przyjdzie do nas!

Na początek włączyłam śpiewy leśnych ptaków, które są TU i wszystkim przydadzą się dziś dla odprężenia. Zostawiłyśmy muzykę w dużym pokoju, a same poszłyśmy do dziecinnego, spakować plecak. Do niego : drugie śniadanie, soczek, kilka garnuszków (małych, ale bardzo solidnych), latarkę, świecę i zapałki (pamiętając, że dziecko plus zapałki równa się pożar), dwie książeczki o zwierzętach, zielony papier kolorowy, nożyczki, serwetki, małe sztućce, kilka kartek z kolorowankami, grę (kto ją jeszcze pamięta?)- „Grzybobranie”, koce i kapę. I co tam jeszcze lubicie mieć na wycieczkach. Do pokoju, w którym zawitał las, miałyśmy daleką drogę. Z plecakiem i wypadającymi z rąk rzeczami (komórkę, komórkę babciu wieź), łatwo nie było, zwłaszcza że musiałyśmy najpierw obejść wszystkie kąty domu. Przysiadłyśmy na moim łóżku i poczytałyśmy dla rozgrzewki bajkę Ezopa „Osioł w skórze lwa”… Gdy wreszcie osiągnęłyśmy duży pokój, tfu, centrum lasu, ustawiłyśmy krzesła wokół dywanu. Rozejrzałyśmy się… No, drzewa to trzeba było sobie samemu „zrobić”. I do tego miałyśmy papier kolorowy i nożyczki, przecież!

las1

 

Drzewa rosły, plecak został wypakowany, przyszła pora na rozstawienie namiotu, który udawały zaczepione na oparciach krzeseł koce. Ledwie schowałyśmy się w nim, gdy przyszedł… wilk

las2

Próbowałyśmy odstraszyć go latarką, ale był nią wyraźnie zainteresowany. A ile było przy tym radości! Po kryjomu przed nim bawiłyśmy się trochę w memo i pokolorowałyśmy jeża i liście. Uciekł dopiero wtedy, gdy rozpaliłyśmy ognisko (świecę!), którego jak wiadomo boją się wszystkie dzikie zwierzęta. Przystąpiłyśmy więc do spałaszowania pysznego jogurtu i ugotowania czegoś w sam raz na drugie śniadanie

lsa2

 

Przydało się wszystko: i serwetki, i naczynka, i świeca… W takim lesie śniadanie dużo bardziej nam smakowało. Potem starałyśmy się znaleźć metodą ciepło- zimno szyszki pochowane w różnych dziwnych miejscach (uważnie je licząc i przeliczając). Śpiewałyśmy piosenki- niestety, nie umiem grać na domowych instrumentach, więc wspomogłam się znowu youtubem TU

No i ostatnia atrakcja: „Grzybobranie”. Poczciwa, stara gra, którą mamy w wydaniu Granny. Rzucanie kostką, liczenie punktów, kroków, zbieranie i wrzucanie do koszyków grzybów. a potem podliczanie, porównywanie i ogłaszanie zwycięzcy, czyli robienie tego, z czym komisja wyborcza jest… w lesie, poszło nam świetnie. Po powrocie do kuchni, ugotowałyśmy krupnik!


2 Komentarze

Jak umierają kwiaty

umieranie2

Umieranie nie zawsze jest piękne. Nawet te drzewa i krzewy, które pysznią się ciepłymi kolorami i tak bardzo teraz zachwycają, po kilkudniowym deszczu staną się tylko oblepionymi burymi kawałkami liści półżywymi pniami, konarami, badylami, patykami. Kwiatom jeszcze trudniej umierać. I nie oszukujmy się, najczęściej nie umierają ładnie.

Balkonowe petunie wyhodowane z małych nasionek, pachnące całe lato, też odchodzą. Pomimo podlewania i pielęgnacji, schną, łamią się, straciły zapach i intensywne kolory. Ale właśnie teraz, na końcu pożółkłych łodyg, ciągle jeszcze zakwitają kwiaty. Z roślinami jest, jak z ludźmi- czasem czując chorobę, cierpienie, koniec odmawiają kwitnienia lub wydają małe, chore owoce, ale czasem żegnają się ze światem hojnie i pięknie, choć same już piękne być nie mogą.


1 komentarz

Ta mama jest śpiąca

„Ta mama się dziś nie wyspała” spojrzałam rano na córkę. Była po nocnej potyczce z infekcją Małej Dziewczynki.

„Ta córka nie wyspała się także”- było widać na pierwszy rzut oka.

Mama wybierała się do pracy, mierząc temperaturę, dopajając, głaszcząc, całując a jednocześnie: zakładając bluzkę, pudrując się, pociągając brwi tuszem, a usta szminką. Nawet nie zapytała- „jak wyglądam?”

A my znienacka zostałyśmy razem. Mała Dziewczynka i ja.

Zaparzyłyśmy herbatę i ja stanęłam w dorosłej kuchni, wnuczka, realnie oceniając swe siły do asystowania, poprzestała na dziecięcej.

– To ja też ci zrobię śniadanko- i za chwilę odezwały się gwizdki czajnika  i prawieczajnika. Na stole wylądowały porcelanowe talerze z jedzeniem i talerzyki z prawiejedzniem. Prawie się posiliłyśmy- każda z innego powodu.

„Ta Mała jest ciągle śpiąca”- pomyślałam znowu i tym razem nie sięgnęłam na półkę po wysłużoną książkę, ale na szafkę, po świeżo kupione „Maziajkowo” („Bobik wędruje” wyd. Egmont) i spójrzcie tylko, co za zbieg okoliczności! Zaraz na pierwszej stronie myszka pyta o gwiazdy.

Przez chwilę kolorowałyśmy niebo:

gwiazdy1

Ale długie rysowanie to nie jest to, co potrafi udźwignąć udręczona główka, więc poszłam do kuchni po ziemniaka, czy jak ktoś woli- kartofla, pyrę (ra?) a z niego wycięłam gwiazdkę.

Nie szło mi łatwo, bo jestem średnio utalentowana plastycznie (miałam w liceum przyjaciółkę, która jest rzeźbiarką, wiem, co piszę), więc puściłam jednocześnie piosenkę, której można posłuchać TUTAJ (a jest naprawdę stara, nawet starsza ode mnie i bawi już kolejne pokolenie dzieci i dorosłych, bo to Bodo i Dymsza)

gwiazdy2

 

Przyniosłam żółtą farbę plakatową. Piłyśmy herbatę rumiankową ( w czasie infekcji trzeba dużo pić!) i stemplowałyśmy gwiazdy. Mogłyśmy robić to bezmyślnie, ale z pewną uciechą

gwiazdy3

 

 

A jak się nam znudziła jedna piosenka, włączyłyśmy inną, też o niebie i gwiazdach, której można posłuchać TUTAJ ( a to zupełnie co innego- Umer i Turnau)  Ziewałyśmy coraz częściej i częściej, i gdy wróciła mama Małej Dziewczynki, ta była mniej więcej przygotowana… na sen.