grand Mader

Świat jest ogrodem, ogród jest światem


6 komentarzy

Nietypowo

Napiszę krótko i nietypowo. Dziś Dzień Judaizmu w Kościele Katolickim. Przypadkiem, na zmianę z córką (jedna nocą, druga dniem) czytamy „Dziewczynkę w czerwonym płaszczyku”.

logogrand

Ta rozmowa toczy się między dziewczynką, której całe dotychczasowe życie toczyło się w czasie wojny (tak, jak mojego taty, który w 1939 roku przyszedł na świat), a jej mamą

… pytam dlaczego ludzie na Rynku tak się cieszyli

– Bo wojna się skończyła – śmieje się.

Nie rozumiem tego.

– Co to znaczy?- pytam.

– To, że jesteśmy bezpieczni ! – odpowiada.

Bezpieczni?

– Czy to znaczy, że już nic nam nie może się stać złego? – zdumiona wpatruję się badawczo w mamę.

Kuca przede mną i obejmuje mnie mocno. Widzę, że jej oczy są wilgotne i błyszczą. Jeszcze nigdy nie widziałam jej tak szczęśliwej.

– Własnie tak – rozpromienia się. – To znaczy, że nigdy więcej nie będziemy musiały się ukrywać.

– Obiecujesz mi to ? – pytam podejrzliwie.

– Obiecuję ! – odpowiada zdecydowanie.

– Jak długo? – Nie jestem wcale pojąć tego wszystkiego.

– Teraz jesteśmy wolne, rozumiesz to? – tłumaczy mi. – Wojna się skończyła. Hitler nie żyje ! Jest pokój ! A my jesteśmy teraz tymi samymi ludźmi jak wszyscy inni…

– Jak długo?

wspomina Roma Ligocka.

Myślę sobie, że rodzice muszą być zawsze pełni nadziei… Zawsze. I jakie to czasem trudne


16 komentarzy

Żywe miasto 4

W Warszawie jest dużo parków, skwerów i placyków dla dzieci. Jednak przy odrobinie (nie) szczęścia można zamieszkać z dzieckiem w samym ruchliwym centrum miasta i mieć daleko do jakiegokolwiek parku, ogródka, czy czegokolwiek innego zielonego, oprócz zasikanego przez psy trawnika. Co się wtedy dzieje? Czy malec staje się obojętny na piękno otaczającego świata?

trawki kopia

 

Kilka lat temu takie miejsca, które świadczą o zaniedbaniu i nie powinno ich być w stolicy sporego kraju, były dla nas… pomocą. Pamiętam podróże z moją najstarszą córką najbrzydszym odcinkiem ulicy Chłodnej – kto tam mieszkał, to wie – w kierunku jakiegoś parku czy choćby placyku. Łatwo nie było. Mijałyśmy po drodze szare pawilony, idąc po rozwalonych płytkach chodnikowych. Każda z nich dla małego dziecka była potencjalną pułapką i spotkanie z nią mogło zakończyć się obtarciem czy nową ranką na kolanie. Mogło. Ale kończyło się obserwacjami przyrody. Zaciekawiona dziewczynka przystawała przy każdej trawce, dopytywała o jej rodzaj, zauważała codzienne zmiany. Miałyśmy rozpoznanego każdego chrząszcza, wiedziałyśmy, gdzie lubi spać biedronka i w pod którą wyszczerbioną płytą jest mrowisko. A gdy trafił się taki rarytas, jak nie zadeptana i nie zerwana stokrotka, musiałyśmy się z nią koniecznie zaprzyjaźnić. Dostawała imię. Prowadzona przez córeczkę, czułam się jak w baśni Andersena. Wiedziałam, że nawet w miejskiej dzielnicy takiego dużego, zatłoczonego miasta, jak Warszawa, dziecko nie musi stracić wrażliwości na piękno.

trawka1

Zanim przeszłyśmy jeden lub dwa przystanki dzielące nas od miejskiego ogródka, byłyśmy już nieźle zmachane. W sam raz, żeby – zależnie od pogody – zjeść kulkę lodów, czy wypić gorącą czekoladę.

Byle donice, krytykowane przez koneserów, zdawały się nam rajem. Zwłaszcza, że gdy udało się do nich dojść…

trawka2

 

… w zasięgu stopy było dużo parków, a w nich takie wspaniałości:

trawka3

I do tego piaskownice, huśtawki, kaczki i fontanny. Trzeba się było tylko zastanowić, jak do domu wrócić 😉 bo do domu było daleko 😉


2 komentarze

Don’t panic

O tym, jak różne są znaki

 

Córka przyłożyła Małej Dziewczynce do czoła dłoń.

A tak się cieszyłam, że w tym roku nawet kataru nie ma i fajnie zaczyna rok przedszkolny– westchnęła nad córeczką. Za chwilę zaczęła działać. Termometr. Herbatka. Telefon do przychodni. Wizyta lekarska. Apteka. Jej ruchy były opanowane, czułe i precyzyjne.

Mała Dziewczynka już po pierwszych paru dniach przedszkola trafiła do łóżka. A obok „trafiła” mama z książeczką. Kiplingiem, który tym razem w jedyny,  właściwy dla siebie sposób tłumaczy dzieciom, dlaczego słonie mają trąbę. Można zapomnieć o bólu głowy, rzeczywiście.

Problem w tym, że to nie tylko pierwszych kilka dni przedszkola córki, to także ostatnich kilka dni do obrony pracy magisterskiej mamy. Obok Kiplinga leżała więc i ta praca, i laptop. Zdziwiło mnie, że ta mama nie zaczęła panikować, narzekać na los, który rzucił jej następne (tak, następne!!!) kłody pod nogi i płakać.

To oznacza…- zastanowiła się przez chwilę-  To oznacza,  że powinnam już przestać wkuwać, ale zająć się córeczką.

Nie muszę dodawać chyba, jak byłam dumna. A obrona już jutro:  prosimy o wsparcie.

kusiaipraca

fot. M. Deresz- Oszer


6 komentarzy

O fałszowaniu: finał sprawy nagietka

Pisałam już o nagietkach i o tym, że w  „Zielniku dla każdego” J. Rogali, R. Macieja i T. Ski (wyd. BAOBAB) przeczytałam „Po wsiach używano dawniej nagietków do zabarwiania masła i farbowania różnych tkanin, nierzadko używają ich do fałszowania szafranu.” No to fałszujemy, pomyślałam więc w tamtą niedzielę, gotując ryż. TUTAJ

Wtedy okazało się, jak marny ze mnie fałszerz. Analizowałyśmy na fejsbuku (same kobiety, gdzie  ci kucharze mężczyźni?), co też mogłam zrobić źle. Być może włożyłam za mało płatków nagietka? Może powinny być suszone? Może barwiłam ryż zbyt krótko? W ostatnią niedzielę znowu spróbowałam swoich sił. Bardzo chciałam odnieść sukces: gościłam nie tylko teściową, ale i mamę, która jest osobą szczerą i bezpośrednią ( „ja tam prawdę mówię prosto w oczy”- twierdzi), więc poprawiłam wszystkie słabe punkty. Najpierw sprawdziłam, czy płatki dobrze wyschły

fałszowanie

A potem robiłam wszystko tak samo, tylko lepiej: dłużej, więcej i dokładniej.

Ryż po ugotowaniu wyglądał tak:

falszowanie1

 

co moja mama skwitowała mocnym: ” No, żółte to TO na pewno nie jest!”

Poddaję się, nie potrafię być fałszywa 😀

Płatki nagietka odtąd będę dodawać do potraw jedynie dla urody, nie koloru.


Dodaj komentarz

Pierwszy raz

– O, zobacz, mascarpone!- zdziwiłam i ucieszyłam się, bo nie przypuszczałam, że znajdę go w małej miejscowości (ale z bogatą historią!). Był jeden jedyny.

– No nie wiem- mąż wahał  się- Makaroniki będzie robiła pierwszy raz i nie wiadomo, czy mamy resztę produktów, kruche ciasteczka byłyby pewne…

– Zaryzykujmy- uśmiechnęłam się przymilnie.

Postawiłam (śmy) na nią. Na Krysię. I opłacało się!

Łatwo nie miała. Okazało się, że migdały są w płatkach, więc trzeba je utrzeć, a w dodatku jest ich mniej, niż producent obiecał. Potem wyruszyliśmy do wiejskiego sklepiku po cukier puder, bo zabrakło (swoją drogą, był cydr w małych butelkach, a mąż twierdził, że na wsi to się nie przyjmie). Trzeba było zerwać jeżyny i powstrzymać się przed pożarciem wszystkich (jedynie babcia wyjątkowo dostała porcję na talerzyku…)

My brodziliśmy w zimnej wodzie w basenie, przerywając tym sobie prace ogrodowe i gotowanie obiadu, ona wstawiała kolejne partie ciasteczek do piekarnika, denerwowała się, czy nie za twarde czy nie za bardzo spieczone, czy dobry smak ( „daj, daj spróbować, my ci powiemy”). Ucierała masę do ich przekładania, dodając hojnie owoce („żeby też smakowała jeżynowo, nie tylko miała ich kolor”).makaronik

 

I wreszcie były. Podane na późny deser z pachnącą cynamonem czarną herbatą, gdy w ogrodzie grały świerszcze. A ja… ja dostałam wyjątkowego makaronika! Jedno ciasteczko przybrało kształt serca i to właśnie, na osobnym talerzyku, Krysia przeznaczyła dla mnie! Był pyszny!

I tak pomyślałam sobie…że to w sumie dobra okazja i… że tym wszystkim osobom, które kiedykolwiek uwierzyły w moje umiejętności, kibicowały mi, wspomagały modlitwą i dobrym słowem, gdy niepewna siebie robiłam coś pierwszy raz w życiu, z serca dziękuję


1 komentarz

Niedaleko padło…

jabłko od jabłoni. Czy jaka matka, taka córka. Albo jeszcze coś tam. Popołudnie w ogrodzie: krokodyl pozostal w basenie, odpoczywajac po głośnych szaleństwach, konik na popasie, a Mała Dziewczynka z mamusią zabrały się do ZADANEK

wogrodzie

Wyglądało na tyle interesująco, że  postanowil im towarzyszyć… pies. Border collie to rasa, która uchodzi za jedną z najinteligentniejszych, ale żeby aż tak?

ogrod2 kopia


Dodaj komentarz

Pomysł na nerwy

pomysl  W blogach najfajniejsze jest to, że historie w nich opisane dzieją się naprawdę i toczą według swojej logiki. K. która malowała się w łazience, podczas gdy rano tak   drażniła mnie brudna podłoga, po powrocie z rehabilitacji przejrzała repertuar kin. Wiedziała, że z różnych względów łatwo nie będzie, pewnie dlatego wybrała     mały klub w naszej cichej okolicy i dość ryzykowny duńsko- szwedzki film o szukajacej pracy aktorce  w średnim wieku. I udało się. Takie są dorosłe córki.

Uśmiech 🙂  Dziękuję 🙂