grand Mader

Świat jest ogrodem, ogród jest światem


6 Komentarzy

Nawet jeśli pada

Ogród powoli umiera. Albo raczej- zamiera. I nie traci przy tym nic ze swego piękna i szlachetności. 

ogrodj

Jesienny ogród jest tak samo piękny w słońcu, jak i w deszczu. Na borówkach amerykańskich pozostały jeszcze jagody, a liście brązowieją, czerwienieją, fioletowieją w zależności od dnia i pogody. Gdyby nie przejmujące zimno, przenikające mnie razem z wiatrem i delikatnymi kropelkami deszczu, mogłabym chodzić po takim ogrodzie godzinami.

Róże we wszystkich stadiach dojrzewania, podnoszące na mój widok obciążone kroplami główki.

ogrodj1

Moje ulubione berberysy.

ogrodj2

I słoneczniki pochylone nad sensem swojego krótkiego życia i powolnego wchodzenia w śmierć- która przecież dla wielu innych roślin nie jest końcem ostatecznym. Wiosną wyrosną w tym samym miejscu.

ogrodj3

To już wszystko dla tych, którzy nie lubią Chestertona, bo teraz zacytuję fragment „Wiekuistego człowieka”:

… życie Jezusa przetoczyło się prędko i prosto jak błyskawica. Było ono nade wszystko dramatyczne; polegało nade wszystko na robieniu czegoś, co było do zrobienia. I  z pewnością nie zostałoby to zrobione, gdyby Jezus chodził po całym świecie, nie robiąc nic poza mówieniem prawdy. Nawet jego zewnętrznych ruchów nie można opisać jako włóczenia się po kraju, bo pomija się przy tym fakt, ze była to konkretna podróż. W tym czasie Jego wędrówka była raczej wypełnieniem mitów, a nie filozofii, była to podróż w konkretnym celu, tak jak wyprawa Jazona po złote runo, albo Herkulesa po złote jabłka Hesperyd. Złotem, którego szukał Chrystus, była śmierć. Najważniejsze, co miał zrobić, to umrzeć. Miał zamiar zrobić także wiele innych rzeczy równie określonych i obiektywnych; moglibyśmy niemal powiedzieć: równie zewnętrznych i materialnych. Ale od pierwszej do ostatniej chwili, najkonkretniejszym faktem Jego życia było to, że miał ponieść śmierć.

Reklamy


19 Komentarzy

W lesie

O liczeniu w lesie. Możecie się na mnie złościć, bo na zewnątrz rozgrywają się ważne dla Polski i Warszawy sprawy w związku z wyborami samorządowymi, a ja zamiast je komentować, idę z Małą Dziewczynką na wycieczkę, ale… W związku z tym, że nikt nie może (nie potrafi?) do tej pory policzyć głosów, koniecznie chciałam poćwiczyć tę  umiejętność z wnuczką, zanim znajdziemy się z nią w prawdziwym lesie…

Zaczęło się od kaszlu. Mała Dziewczynka otworzyła posłusznie buzię, żeby wypić zalecaną porcję syropku

– On jest taki troszkę niesmaczny, wiesz?- skrzywiła się. Cały dzisiejszy dzień- nie tylko w związku z tym, że głosy wyborców nie mogły być przez awarię systemu porządnie zliczone- zapowiadał się „troszkę niesmaczny”, nieudany. Szaro, buro, ponuro i mokro, a w dodatku ten kaszel…

– Wiesz co? Chodźmy na wycieczkę!- zaproponowałam

– Gdzie?- ucieszyła się Mała Dziewczynka

– Do lasu!

– Przecież nie mogę! Pada, zobacz!

– Więc las przyjdzie do nas!

Na początek włączyłam śpiewy leśnych ptaków, które są TU i wszystkim przydadzą się dziś dla odprężenia. Zostawiłyśmy muzykę w dużym pokoju, a same poszłyśmy do dziecinnego, spakować plecak. Do niego : drugie śniadanie, soczek, kilka garnuszków (małych, ale bardzo solidnych), latarkę, świecę i zapałki (pamiętając, że dziecko plus zapałki równa się pożar), dwie książeczki o zwierzętach, zielony papier kolorowy, nożyczki, serwetki, małe sztućce, kilka kartek z kolorowankami, grę (kto ją jeszcze pamięta?)- „Grzybobranie”, koce i kapę. I co tam jeszcze lubicie mieć na wycieczkach. Do pokoju, w którym zawitał las, miałyśmy daleką drogę. Z plecakiem i wypadającymi z rąk rzeczami (komórkę, komórkę babciu wieź), łatwo nie było, zwłaszcza że musiałyśmy najpierw obejść wszystkie kąty domu. Przysiadłyśmy na moim łóżku i poczytałyśmy dla rozgrzewki bajkę Ezopa „Osioł w skórze lwa”… Gdy wreszcie osiągnęłyśmy duży pokój, tfu, centrum lasu, ustawiłyśmy krzesła wokół dywanu. Rozejrzałyśmy się… No, drzewa to trzeba było sobie samemu „zrobić”. I do tego miałyśmy papier kolorowy i nożyczki, przecież!

las1

 

Drzewa rosły, plecak został wypakowany, przyszła pora na rozstawienie namiotu, który udawały zaczepione na oparciach krzeseł koce. Ledwie schowałyśmy się w nim, gdy przyszedł… wilk

las2

Próbowałyśmy odstraszyć go latarką, ale był nią wyraźnie zainteresowany. A ile było przy tym radości! Po kryjomu przed nim bawiłyśmy się trochę w memo i pokolorowałyśmy jeża i liście. Uciekł dopiero wtedy, gdy rozpaliłyśmy ognisko (świecę!), którego jak wiadomo boją się wszystkie dzikie zwierzęta. Przystąpiłyśmy więc do spałaszowania pysznego jogurtu i ugotowania czegoś w sam raz na drugie śniadanie

lsa2

 

Przydało się wszystko: i serwetki, i naczynka, i świeca… W takim lesie śniadanie dużo bardziej nam smakowało. Potem starałyśmy się znaleźć metodą ciepło- zimno szyszki pochowane w różnych dziwnych miejscach (uważnie je licząc i przeliczając). Śpiewałyśmy piosenki- niestety, nie umiem grać na domowych instrumentach, więc wspomogłam się znowu youtubem TU

No i ostatnia atrakcja: „Grzybobranie”. Poczciwa, stara gra, którą mamy w wydaniu Granny. Rzucanie kostką, liczenie punktów, kroków, zbieranie i wrzucanie do koszyków grzybów. a potem podliczanie, porównywanie i ogłaszanie zwycięzcy, czyli robienie tego, z czym komisja wyborcza jest… w lesie, poszło nam świetnie. Po powrocie do kuchni, ugotowałyśmy krupnik!


2 Komentarze

W temacie wody…

W temacie wody trzeba słuchać matek. Nawet, a może szczególnie, młodych.

Zaczęło się wczoraj. Mieliśmy się spotkać na rowerach i hulajnodze ze znajomymi nad jeziorkiem (czyli nad wodą), ale zanim się zebraliśmy, zaczęło mocno padać (to też woda tylko skądinąd). Wyciągnęłam więc z zakamarków pokoju dziecięcego „Takie sobie bajeczki” Kiplinga, które bardzo lubię (w przekładzie Marii Krzeszowskiej i Stanisława Wyrzykowskiego). Jest tam bajka o wielorybie, a ostatnio czytaliśmy o ssakach morskich (wodnych). Mała Dziewczynka zdziwiła się trochę, bo jeszcze tej książki nie znała, ale ufa mi już na tyle, że zgodziła się wysłuchać historii o tym, „w jaki sposób wieloryb nabawił się swego przełyku”. Spodobała jej się, a wyraziła to krótkim, ale konkretnym „Jeszcze raz”, do którego, gdy wymownie spojrzałam, dodała szybko ”Prooooszę”. Tam przeczytałyśmy:

„ Płynął tedy i płynął Wieloryb ze wszystkich swych sił pod pięćdziesiąty stopień północnej szerokości i czterdziesty stopień zachodniej długości, aż pośrodku morza znalazł na tratwie samotnego rozbitka, nie posiadającego nic prócz niebieskich, parcianych spodni, pary szelek (zapamiętaj sobie w szczególności szelki Kochanie Ty moje!) i kozika. Palce jego stóp nurzały się w wodzie. (Mamusia jego pozwoliła mu pluskać się w wodzie, czego inaczej nigdy nie byłby uczynił, był bowiem człowiekiem niesłychanej pomysłowości i obrotności)” Taka to przyjemna lektura, w której sugerują, że dziecko pomysłowość i obrotność wykorzystuje w celu słuchania rodziców, a nie ich okłamywania.

A to właśnie mama Małej Dziewczynki zaproponowała, spoglądając na prognozę pogody na dzień następny (deszcz, znowu woda!): „To może jutro pójdziecie do Centrum Nauki Kopernik?” Bo woda jest fajna, ale jak się ją ma pod kontrolą. A gdzież można się nauczyć lepiej kontrolować wodę, niż tam? Dodała jeszcze od niechcenia: ”Weźcie zapasową bluzkę i spodenki, gdyby Mała Dziewczynka się zalała, eksperymentując z wodą. Zawsze tak robię i mogę się tam całkowicie odprężyć”. Dobrych rad trzeba słuchać. Zwłaszcza rad mamy. Zapakowałyśmy więc dziś do CNK nie tylko picie, kanapki, ale i ubranie, a potem w „Strefie bzzz” mogłam uchodzić za wyrozumiałą i wyluzowaną babcię, która nie tylko pozwala, ale nawet zachęca dziecko do długiego i gorliwego chlapania się w wodzie, sącząc mu do ucha wiedzę, podczas gdy inni opiekunowie syczeli i załamywali ręce nad stanem odzieży swoich pociech. A do tego dziś były prowadzone zajęcia właśnie na temat wody.

Zdecydowanie najwięcej czasu spędziłyśmy dziś w rejonach wilgotnych zarówno w części dla młodszych, jak i starszych.

Created with Nokia Smart Cam

A to zdjęcie zrobiłam po to, żeby pokazać, jak działają parytety i suwak w trakcie mokrej roboty.

Created with Nokia Smart Cam

Po powrocie Mała Dziewczynka podsunęła cioci prosto pod nos „Takie sobie bajeczki” ze słowami :”Tam jest taka śmieszna historia o wielorybie, zaraz ci pokażę”.

Myślę, że po wielokrotnym wysłuchaniu Kiplinga po polsku, głupio byłoby nie  rzucić okiem na oryginał, więc pokazałam go Małe Dziewczynce TUTAJ i bardzo się spodobał

 


Dodaj komentarz

W czasie deszczu…

Podobno dzieci się nudzą. W czasie deszczu. To nie dotyczy jednak Małej Dziewczynki. Dziś na przykład pada deszcz, co skutecznie uniemożliwiło nam wyjście na pocztę z pilną przesyłką, a Mała Dziewczynka ma ręce pełne roboty. Metodycznie sprawdza półki w pokoju. Na kanapę i podłogę lecą po kolei wierszyki, bajeczki, kolorowanki. Niektórym z nich poświęca nieco więcej uwagi.

– Co robisz?- nie mogę powstrzymać się, zerkając przez przymknięte drzwi

– No szukam przecież. Bajki o Słoniu Trąbalskim szukam. – mówi lekko zirytowana.

Przez ten czas na oddzielną kupkę trafia książeczka dla maluchów z twardymi kartkami „Słoniątko”, potem następna, wprawdzie ze słoniem na okładce, położona jednak ze słowami „A ta jest o przyjacielu. Najpierw przeczytamy o przyjacielu. To o myszce jest, która go szukała”. A na koniec…ta właściwa, z wierszem o Trąbalskim.

– Jest! – czytamy wszystkie wczasiedeszczu1   W deszczowy dzień bawimy się w chowanego ze słoniątkami. Wycięłam figury i teraz wystarczy krzyknąć, w której mają się ukryć zwierzątka, by stać się dla szukającego niewidzialne. Można zaklepać te, które sobie z tym nie poradziły. wczasiedeszczu2 Wreszcie… deszczowy dzień to też czas na wspomnienia:

– Czy wiesz, jaką piosenkę o słoniach śpiewała twoja mama, gdy była mała?- pytam zmęczoną siedzeniem (tak, tak! siedzeniem!) Małą Dziewczynkę… Cztery słonie, zielone słonie… zaczynam, ale po chwili dopadam jednak do komputera, licząc, że wspólnie zaśpiewamy to lepiej

Tu piosenka

Gdy rozgrzana skakaniem i śpiewaniem („Jeszcze raz, jeszcze raz!”), rozglądam się po pobojowisku, które zrobiłyśmy, jestem pewna, że przez najbliższe godziny nudzić się nie będziemy.


Dodaj komentarz

Zapłakane

Dziwne dobro i rozsądne zło.

Dzisiejszy dzień był ponury i deszczowy. Mimozy stały smutne, jakby zapłakane. Pomyślałam, że może… i tak samo jest z ludźmi. I ja płaczę czasem łzami, które są tak naprawdę kroplami deszczu, bez którego, jak u mimozy, pąki kwiatów, pozostałyby tylko suchymi zakończeniami łodyżek…

lzy

Błogosławiony deszcz, błogosławione krople, błogosławione łzy… bez których mimoza by nie zakwitła.

Przypomniały mi się słowa Jana Pawła II powiedziane na Górze Błogosławieństw w 2000 roku

Jesteście bowiem świadomi, że w waszym wnętrzu i wszędzie wokół was rozbrzmiewa inny głos, zaprzeczający tamtemu. Ten głos mówi: «Błogosławieni są pyszni i gwałtowni, dążący do sukcesu za wszelką cenę, pozbawieni skrupułów, bezlitośni, nieuczciwi, którzy wszczynają wojny miast ustanawiać pokój i prześladują tych, którzy stają im na drodze». Ten głos wydaje się mieć rację w świecie, w którym gwałtowni często zwyciężają, a nieuczciwi zdają się odnosić sukces. «Tak – mówi głos zła – to oni wygrywają. To oni są szczęśliwi!»

Jezus przynosi zupełnie inne orędzie. Niedaleko stąd Jezus powołał swoich pierwszych uczniów, jak dzisiaj powołuje was. Jego powołanie zawsze zmuszało do dokonania wyboru między dwoma głosami, które nawet w tej chwili, na tym wzgórzu walczą o rząd waszych serc – wyboru między dobrem i złem, między życiem a śmiercią. Za którym głosem postanowią pójść młodzi dwudziestego pierwszego wieku? Zaufać Jezusowi znaczy uwierzyć wszystkiemu, co On mówi, choćby wydawało się to bardzo dziwne, i odrzucić namowy zła, choćby wydawały się rozsądne i pociągające.

 


7 Komentarzy

Trochę czasu

Na wieś dojechaliśmy ciemną nocą… Efekty swoich działań z tamtego tygodnia mogłam więc zobaczyć dopiero rano. Klomb między drzewami wyglądał niby porządnie.

Robert, siąkając nosem (alergia czy przeziębienie?) nieuważnie omiótł go wzrokiem

– Ładnie. Nie było aż tak dużych przymrozków, bo chyba wszystko przetrwało.

– Wszystko – powtórzyłam zrezygnowana- Wszystko oprócz tego, co sadziłam w deszczu.

Tydzień temu przemokłam w ciągu kilku minut, wkopując do ziemi wyhodowane przez siebie sadzonki.  Trochę za małe, trochę za wcześnie. Zostały po nich popalone mrozem niteczki.

– Czerwone szałwie… – przypomniał sobie mąż

– No. Czerwone.

Wiem o zimnych ogrodnikach i zimnej Zośce- świętych wzywanych w Polsce od wieków do obrony przed majowymi przymrozkami. Wiem, że nie jest to głupota, bo zgodnie z badaniami przeprowadzonymi przez Obserwatorium Astronomiczne UJ  właśnie w dniach, których są patronami, a więc między 10 a 17 maja prawdopodobieństwo wystąpienia temperatury poniżej 0 stopni wynosi aż 34%.

Wszystko wiem, a jednak… Trochę za małe, trochę za wcześnie. Trochę czasu. Trochę cierpliwości.