grand Mader

Świat jest ogrodem, ogród jest światem


3 Komentarze

Przepraszam, proszę pana, tu…

Powinnam napisać coś mądrego o Brexicie. Ale co ja się tam znam…

irys

Wyszłam owszem z domu, ale jedynie do pracy. W autobusie nie działała klimatyzacja, więc każdy skupiał się nad tym, jak przeżyć podróż. Jednak zerknęłam na pasażera obok. Miał rozprutą kieszeń  koszulki. Mniejsza z tym. Tyle tylko, że zdecydowanie wysuwały się z niej i komórka i jakieś dokumenty. W kierunku podłogi się wysuwały przez tę pokaźną dziurę.

– Proszę pana…- zaczęłam, a on machnął ręką, żebym się odczepiła.

Ależ się zdziwiłam.

– Przepraszam pana…- powtórzyłam, przechylając się i wskazując na kieszeń. Odsunął się i znowu na mnie zamachał wyraźnie zniecierpliwiony. Wtedy dotarło do mnie, że myśli, że oczekuję od niego jakiejś pomocy. Może chcę o coś zapytać?

Często jesteśmy uprzedzani, że ludzie, którzy oferują nam pomoc, będą chcieli coś w zamian. To pułapka- słyszymy. Zapewne chcą nam coś sprzedać, ukraść, zabrać. Zabrać choćby cenny czas. A już tych, którzy oczekują pomocy, zdecydowanie należy unikać. Uczepią się jak rzep i tak już zostaną. Czasem jednak tylko nam się wydaje, że ktoś oczekuje od nas pomocy. A naprawdę rozgrywa się coś innego, ważnego dla nas. Mamy gotowość, by coś dać, a dostajemy. Bo to my czegoś (pomocy?) potrzebujemy. Od naszej reakcji zależy, czy to otrzymamy.


2 Komentarze

Prawdziwy Dzień Matki

dzienmatki

 

Ogromna większość z nas ma taki czas w życiu, gdy jest jednocześnie córką (która świętuje ze swoją mamą Dzień Matki) i mamą dla swoich dzieci ( często niejednego) a jeszcze do tego- synową. U Borejków w Jeżycjadzie Musierowicz tak to było załatwione, że wystarczył duży stół, bo wszyscy mieszkali w jednym domu, a jeżeli już nie w tym samym, to na tyle daleko, że było zrozumiałe, że nikt nie będzie kilkuset kilometrów pędził z kwiatkiem.

U nas- samo życie. Mieszkamy w jednym mieście, ale w odległych dzielnicach. Do teściowej z prezentami ruszył więc mąż (jak codziennie zresztą), ja wziąwszy ogromny bukiet irysów w łapy, bombonierkę w zęby, pospieszyłam na przystanek autobusowy, żeby dojechać do mamy. Po południu miały być rodzinne lody, więc spotkanie z moją córką, która też jest mamą, zaplanowałyśmy na mieście, w przerwie w pracy…

 

Koło południa weszłyśmy raźnym krokiem do kawiarni. Rozejrzałam się. Było chłodno i bardzo miło, a przede wszystkim, mimo ulicznego gwaru za oknem- cicho. Ktoś przygotował nam napój i podał pod sam nos z uśmiechem. Raj. Ale jeden z elementów wystroju zwrócił moją uwagę szczególnie

– Te białe kafelki

– Co z nimi? Są bardzo modne ostatnio.

– One są takie same, jak w PRL-u

– Taaak?- nie wiedziała do czego zmierzam.

– Tylko wtedy były jeszcze często brudnawe i porysowane. W mięsnych były.

– …

– i… jak dotarłam tego lipcowego dnia na porodówkę, to też tam takie były.

– Jak mnie rodziłaś???

– Tak- roześmiałam się- Położna otworzyła drzwi sali i weszłam- wtedy nie dbano o odczucia rodzącej- prosto na zszywaną kobietę. Takie białe płytki były na ścianie, a na podłodze stało aluminiowe wiadro.

– ??? Wiem z czym ci się skojarzyło… z rzeźnią, co? Ale trafiłam, wybierając to miejsce na spotkanie! Masz dziś PRAWDZIWY Dzień Matki.

Dobrze powspominać w miejscu czystym, bezpiecznym i przyjaznym… I dobrze, że moja córka nie ma takich wspomnień z porodu.

 

Wieczór spędzałyśmy już całkiem jak u Borejków- przy jednym, ogromnym stole, obdarowane obficie prezentami, całusami i uśmiechami. Wprawdzie K. Znowu bolało kolano, bo pies rozanielony atmosferą skoczył wprost na ortezę, a Mała Dziewczynka wracała przez pół miasta w samym środku burzy, ale… przy stole było wesoło.