grand Mader

Świat jest ogrodem, ogród jest światem


5 Komentarzy

Skąd wziąć poziomki?

 Na wsiach piegowate dziewczęta rozcierały na buzi jagody poziomki, piegi w cudowny sposób znikały na kilka tygodni – piszą o poziomkach w „Zielniku dla każdego”, o którym już na swoim blogu wspominałam.

W kosmetyce maseczka z owoców poziomki jest zalecana nie tylko dla wiejskich dziewcząt, nie tylko na piegi, ale także dla ogólnej poprawy kondycji każdej skóry. Osoby o cerze suchej roztarte owoce powinny zmieszać z gęstą śmietaną. Ale skąd wziąć poziomki zimą?

Z półki?

Zobaczyłam na półce w pokoju „Trzynasty miesiąc poziomkowy” Krystyny Siesickiej. W „Przydrożnym barku” właściciel tak rozmawia z klientką:

– Co mam podać?

– Naleśniki wegetariańskie z surówką mix.

– Coś do picia?

– Widziałam, że macie panowie koktajl z owoców leśnych, jakie to owoce?

– Jagody, poziomki. Na bazie czarnej porzeczki.

– Poproszę.

(…)

Poziomki, dotarło do niej nagle. O tej porze roku poziomki. Nie widziała nigdzie poziomek zamrażanych w paczkach. Wrócił i przetarł czystą, wilgotną ściereczką blat jej stolika.

– Skąd wy macie poziomki w listopadzie? – zapytała.

– U nas, proszę pani, poziomki serwuje się przez cały rok. Dla naszych poziomek nie ma żadnego listopada, proszę pani. W naszym kalendarzu, proszę pani, jest zawsze trzynasty miesiąc poziomkowy.

Wątpliwości miłej pani były uzasadnione, bo w listopadzie nie dość, że brakuje na krzaczkach owoców, to same liście też nie nadają się do zbiorów, bo wyglądają tak ( nawet przy sprzyjającej pogodzie ).

poziomki1

Książka jest równie apetyczna, jak same poziomki. Nie dowiedziałam się jednak, skąd je wziąć.

Z lodówki ?

Są gdzieś mrożone poziomki, bo wujek google je znajduje. Osobiście nie widziałam, przekładałam jedynie w sklepowych zamrażarkach truskawki, jagody, wiśnie, a nawet maliny. Mamy w ogrodzie kilka krzaczków poziomek, takich właśnie, owocujących od wiosny do jesieni

poziomki2pr

Ale… jakoś nigdy, przenigdy nie udało nam się zamrozić nawet jednej malutkiej poziomki. Bardzo często zjadamy je od razu na miejscu, w ogrodzie, ewentualnie przynosząc do domu Małej Dziewczynce lub babci (prababci), której trudno się schylać. Mrożenie tak smacznych owoców w naszej rodzinie się zdecydowanie nie udaje. Wiem jednak, że na całym świecie, głównie w strefie umiarkowanej, uprawia się dziś około 400 odmian poziomek – od czerwieni, poprzez róż, biel, aż do żółtej. Prawdopodobnie komuś gdzieś trochę zostało…

Jednak z półki?

Z półki w kuchni zdjęłam taki oto słoik.

poziomki4

Nie ma w nim suszonych owoców, mrożonych czy utartych tym bardziej, są za to liście poziomki. Nie mogą równać się ze smakiem owoców. Ale napar posłodzony prawdziwym miodem ( pszczoły zapewne nasze poziomki nie tylko mijały w locie, ale i ich próbowały) popijany w trakcie czytania „Trzynastego miesiąca poziomkowego” powinien pomóc przetrwać do wiosny. Niechże spojrzę: Tom miksował własnie poziomki, rano wyjął je z zamrażarki ( a jednak! – przyp. mój ) i teraz wsypał do trzech koktajli z owoców leśnych, zamówionych przez zaprzyjaźnione ze sobą panie, które chichotały głośno, siedząc przy stoliku w rogu salki, tuż pod reprodukcją „Przyjaciółek” Klimta.

poziomki3

Napar z liści poziomek jest ponadto zalecany na dolegliwości skórne, miażdżycę naczyń, nadciśnienie i kłopoty z nerkami. Wzmacnia po przebyciu ciężkich chorób.

Reklamy


6 Komentarzy

W podróży

Już po Bożym Narodzeniu. Wydawało się, jak to zawsze w ostatnich tygodniach i godzinach oczekiwania na Dziecko, że one są najcięższe, a potem się odpocznie. Ale z Dzieckiem nie ma żartów.

Już po Świętach. „Komu w drogę…”. „Soczek?”- Mała Dziewczynka pomaga w pakowaniu, jak umie – „A koniki spakowałaś? Te od tatusia? Do toreby!” Torebie puszcza zameczek, nie spodziewała się, że będzie służyć za stajnię. „Do twojego plecaka! Konie do plecaka” buntuje się mama w imieniu toreby. Wreszcie wychodzą. Samochód, którym dziadek ma podwieźć dziewczyny do autokaru wprawdzie zapala, ale tylne drzwi nie chcą się otworzyć. Za zimno. Trudno, trzeba wsiadać przez przednie siedzenia. Mała Dziewczynka aż piszczy z zachwytu na taką atrakcję. Toreba jest. Walizka jest. Koniki są.

pendolino2

fot. M. Deresz

Na rynek miasteczka podjeżdża po pasażerów mały busik, a nie duży autokar i wszystkie miejsca ma już zajęte. Kierowca rozkłada bezradnie ręce. Mała Dziewczynka z walizką i mamą się nie zmieści (nic nie wie o stajni w plecaku). Żadnego dziecka. Co dalej? Może pociąg. Dziewczyny patrzą na dziadka prosząco. „Następny autobus tak późnooo, a pociąg dla odmiany za chwilę…”

Samochód dojeżdża pod stację, na którą już wtacza się pociąg. Trzeba się wygramolić z tylnego siedzenia przez przednie drzwi ( tylne ciągle nie działają) i podbiec spory kawałek po oblodzonym chodniku. A jeszcze walizka! I toreba i plecak z konikami. Wszyscy szarpią się, biegną pokracznie przez tory, po lodzie. Pociąg jeszcze stoi ! Zawiadowca uśmiecha się przyjaźnie na widok dziecka. A bo on wie, co to za dziecko jest? Dopiero co po Bożym Narodzeniu. Z matką jakieś ! Za nimi mężczyzna biegnie z bagażem. W drodze są. Trzeba pomóc. Kierownik pociągu i zawiadowca czekają. „Proszę, szybciutko, szybciutko, poczekamy”. Biorą dziecko, torebę, walizkę i plecak, który jest stajnią. Pomagają mamie: „Daleko pani jedzie z tym dzieckiem?”

Ale to nie koniec podróży. Jest jeszcze jej ostatnia część. Ta najdroższa, najłatwiejsza i najpewniejsza. Drugi pociąg zarezerwowany już od tygodni, bilety dawno kupione. Zaplanowany każdy szczegół. Mama i Mała Dziewczynka siadają w mięciutkich fotelach. Na stoliczku goszczą się koniki. Można wyjąć książki. Jest ciepło i przytulnie. I nagle słyszą za plecami oburzony kobiecy głos „Kto to słyszał, żeby pociągami  klasy PREMIUM jechało jakieś DZIECKO???”

W sumie po Świętach już. A kto to wie, co to za dziecko jest?

pendolino

fot. M. Deresz


Dodaj komentarz

Proszę o modlitwę. O przyjaźni i książeczce

pomyslProszę o modlitwę za moją Przyjaciółkę w bardzo trudnej sytuacji. Tak się stało, że nie mogę przy niej być…

To ta sama, o któej kiedyś pisałam na wierze.pl i która usiłowała pocieszyć mnie… książeczką:

– Wiesz co? To dla ciebie… – Przyjaciółka wyjęła wymiętą, „zaczytaną” książeczkę ze swojej torebki. Chyba ze mną jest ciągle jak z dzieckiem, skoro można mnie pocieszyć książeczką – pomyślałam patrząc w stronę Małej Dziewczynki, która smutek po wyjściu Mamy koiła swoją.

Muuu – docierało do nas na przemian z Bruuum, bruuum i radosnym Łoko!

Szczęśliwi ci, którzy potrafią poczekać – doczekają się prawdziwego dobra – przeczytałam na zachętę, zanim spojrzałam na tytuł: „Błogosławieństwa dla tych, którzy mają trochę zmysłu humoru i szukają mądrości”. To drugie na pewno, z tego pierwszego może coś zostało. (Ze „zmysłem humoru” podobno tak jest, że albo się go ma albo go nie ma, skoro więc kiedyś go miałam, nie mógł się tak po prostu ulotnić?)

Napisał te błogosławieństwa ks. Tadeusz Fedorowicz. W telegramie Jana Pawła II w związku z Jego śmiercią przeczytałam: „Odszedł dobry pasterz, który w kapłaństwie każdego dnia z gorliwością oddawał swoje życie za owce. A przecież był taki moment w jego historii, w którym okazał gotowość na cierpienie i śmierć, gdy jako ksiądz Archidiecezji Lwowskiej, wiedziony pasterską troską, dobrowolnie dołączył do zesłańców wywożonych z tego miasta do dalekiego Kazachstanu…”

Przeglądam „książeczkę od Przyjaciela” :

Szczęśliwi, którzy odróżniają kretowinę od góry – będą widzieli sprawy we właściwych proporcjachi…

Szczęśliwi, którzy umieją używać kija nie do bicia w ciemność, ale do zapalania go ogniem, by świecił i ogrzewał – wiele dobra uczynią w życiu a potem dopisek autora: Zwalczanie zła jest mało owocne. Św. Paweł: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj” ( Rz 12.21) I wreszcie docieram do słów:

Szczęśliwi, którzy mają zderzaki jak wagony kolejowe – bardzo to ułatwi współżycie z drugimi…Taaak. Bardzo ułatwi, jeżeli się je gdzieś dokupi.”

 


2 Komentarze

Wyhodowałyśmy motyla :)

Wszystko zaczęło się od tej książki

 

ksiazkablog

A może nie,  być może zaczęło się jeszcze wcześniej, gdy kilka dni temu mój Mąż westchnął

– Mała Dziewczynka niedużo ostatnio jest w domu… A to w przedszkolu, a to na zajęciach, czy spacerach z Mamą. Brakuje mi jej.

– Hmmm… To dobrze. Jest zdrowa, szczęśliwa i zajęta- rzuciłam zadowolona.

– Ale trochę jej brak- Mąż uparł się w tak zwaną złą godzinę, bo już w nocy Mała dostała gorączki.

I potem, następnego dnia koło południa, gdy Mama biegła po lekarstwa i inne brakujące rzeczy, pojawiła się ta książeczka. Mała Dziewczynka świetnie pamięta motyle z pobytu na wsi, więc chętnie przystała na czytanie  o tym, skąd się biorą. Książeczkę zdjęłyśmy ot tak, z półki- bo w rodzinach, gdzie jest od lat jakieś małe dziecko, książki czy zabawki „są”, „pojawiają się” i „znajdują się” tak po prostu i nikt już nie pamięta skąd się wzięły. Tego popołudnia Mała Dziewczynka miała jednak tylko na tyle siły, żeby wysłuchać całej historii, czasem przerywając ją uwagą „Nie lubie gosienić!”…

Ale już dziś… Ledwo za Mamą zatrzasnęły się drzwi, Mała Dziewczynka przyniosła z powrotem ledwie muśniętą (skrzydłem wiedzy:) lekturę. A ja kartkę z bloku, klej, trochę ziarenek kaszy jęczmiennej, zielony i żółty papier kolorowy, kredki, które były pod ręką, pewną włochatą włóczkę i krepinę w jedynym kolorze, który uchował się w pokoju Z. – czyli  nastolatka. Wycięłyśmy łodyżkę i trochę listków. Jeden z nich posmarowałyśmy klejem i Mała Dziewczynka z dużą przyjemnością nakładała ziarenka kaszki, udające motyle jajeczka. Ja przez ten czas cięłam włóczkę na kawałeczki… „O, zobacz! Z jednego jajeczka wykluła się już gąsienica!”- uznałam, że już wystarczająco dużo kaszy wala się po stole. Dziewczynka bardzo się ucieszyła, ale postanowiła trochę poprawić moją koncepcję „A gdzie mają główki? Muszą mieć główki!” Wprawdzie zajrzałyśmy do książki i tam jeszcze raz przeczytałyśmy, jak są zbudowane, ale… co nam szkodziło, żeby na końcach włóczek zrobić uśmiechnięte okrągłe buzie? W ten sposób siostry i bracia zaczęli nie tylko się do siebie uśmiechać, ale i ze sobą rozmawiać. I dużo jeść-  przygotowanych wcześniej liści 😀

2jajeczkaigasienice

„A może, może one chciałyby już się zamienić w motyle?” – „TAK! TAK”- Dziewczynka zareagowała bardzo żywiołowo. I wtedy się zaczęło wycinanie z krepiny długich pasków, którymi miała potem owijać  gąsienice, a ja przez ten czas, gdy będzie bardzo, bardzo zajęta, niepostrzeżenie stworzyć i zakokonić motyla. Niestety „Babciu, pomóż!” pojawiało się tak samo często jak chichot, gdy gąsienica wymykała się spod kontroli palców. Wkładałyśmy maluchy, gadałyśmy o nieposłuszeństwie i o tym, dlaczego muszą być zawinięte i co „tam” w tych kokonach się dzieje.

No widziała, widziała niestety, jak zawijam motylka (trzeba było go przygotować wcześniej!), ale okazało się, że rozrywanie krepiny i wydobywanie go i tak jej się spodobało… Teraz już tylko wystarczy pokolorować skrzydła i niech sobie leci. Ale to już innym razem.

– Mama! Mama wróciła- zerwała się z krzesła i podbiegła do drzwi. Mama podniosła ją do góry, przytuliła i znad małej główki spojrzała na bałagan na stole. – Wyhodowałyśmy z babcią w domu motyla, wiesz?

motyleblog