grand Mader

Świat jest ogrodem, ogród jest światem


6 Komentarzy

Ostatnie

Ostatnie zakwitły w ogrodzie nagietki

ostatnie

W przychodni. Wpada zdyszana pacjentka, rozpina kurtkę, rozbiera się, zaczepiając starszego eleganckiego pana, który siedzi pod gabinetem:

– Pan jest ostatni?

Pan podnosi piękne, mądre oczy i z przebłyskiem humoru odpowiada:

-Nie no, chyba taki ostatni to nie jestem, gorszych widziałem.

Wiem, że suchar, ale zacny. Nagietki są u mnie w tym roku naprawdę ostatnimi kwitnącymi kwiatkami. Inne zmarzły i się poddały. Ale takie „ostatnie”, najgorsze to nie są, są bardzo ładne. Równie ładne, jak wcześniejsze.

Te dni roku kalendarzowego też mogłyby się wziąć trochę za siebie, bo nawet gdy szybko zapada zmrok, nie muszą być zaraz przez resztę jasnego dnia takie ponure. Ale skoro już się uparły, pomyślałam sobie, że mogę nadać im blasku i znaczenia,  ponieważ to są też pierwsze dni Adwentu. Mogę zapalać świecę w Adwentowym Wieńcu TU, otwierać szufladki Adwentowego Kalendarza TU, piec, sprzątać, robić ozdoby (np węże TU), czytać książki a nad ranem jeszcze zdążyć na roraty 😉 I to wszystko nie sama. Może być radośnie, może być nawet wesoło.

 

Reklamy


5 Komentarzy

Małe działania: Pomarańczowy, żółty i czekoladowy

Dla tych, którzy przerażeni doniesieniami o wojnie, przetrwali jakoś lato, na jesień i całą resztę roku szkolnego.

sliwki

Nie wiem, co sobie myślał na mój widok ten malutki ślimak, który wspiął się na drzewo i tam objadał  śliwkę. Jesteśmy przecież wrogami. Niby to szkodnik, ale rozczulił mnie trochę, jak to maleństwo. Darowałam mu życie, a nawet dodałam i śliwkę, bo mamy ich w tym roku pod dostatkiem…

Resztę zapakowałam do miski i zabrałam do domu. Zważyłam je, tym razem doniosłam (choć po drodze zjadłam małe conieco) dwa kilo. Przekroiłam je na pół, wyjęłam pestki- Teściowa zjadła kilka połówek- i wrzuciłam do garnka. Dolałam jakieś pół szklanki wody. Postawiłam na kozie (czyli kominku) a tam już to się powoli smażyło. Co jakiś czas ktoś podchodził, mieszał i próbował ździebko wcale się tym nie przejmując, bo śliwki jeszcze bez dodatku cukru, nietuczące. Zapach, mimo wszystko słodki, unosił się w salonie, a owoce nie sprawiały kłopotu, bo ani myślały przywierać. Dorzuciłam 5 goździków, dwie szczypty imbiru i zajęłam się innymi pracami. Następnego dnia po krótkiej rodzinnej naradzie zdecydowaliśmy, że nie będziemy śliwek miksować. W konfiturach lubimy czuć ich kawałki. Wtedy wzięłam szklankę cukru, zmieszałam ją z dwiema pełnymi łyżkami kakao i powoli, pilnując, by się rozpuściła, dosypałam do śliwek. Moim starczyło, ale mogło się okazać, gdyby były mniej dojrzałe, że musiałabym dodać jeszcze trochę cukru, albo i cukru i kakao, albo tylko tego drugiego. Gdy garnek postał, pilnowany przeze mnie, jeszcze pół dnia na piecyku, wszystko co miało się połączyć, rozpuścić, zesmażyć, już to zrobiło, przeszłam „rundę z łyżką”.

Domownicy próbowali, przymykali oczy i mówili: „Pycha”.

sliwki

Na ciężką jesień mam już trochę zamkniętych w słoikach śliwek w kakao. W torebkach przyprawy: szafran, kurkumę a nawet i nagietek (niech będzie, że nie barwi tak ładnie, jak myślałam, ale przynajmniej poprawia nastrój). To wszystko dodawane do potraw będzie działać antydepresyjnie. Pomarańczowe pulpeciki rozweselą, brązowa śliwka zadziała jak pigułka na złe samopoczucie, a czuły dotyk przekona, że warto żyć.

 

To prawda, że świat, w którym żyjemy nie jest nam dany na zawsze, jeżeli o to nie zadbamy. A czasem nawet gdy o niego zadbamy, pomimo modlitw, jako bezpieczne miejsce do życia może zniknąć jednego dnia, w ciągu jednej godziny. Drzewa, które mijamy bez zastanowienia, trawa, słoneczniki i astry, skrzeczące coś sroki, mogą przestać być jego częścią. Dlatego tego lata dotykałam, nim minęłam, starałam się pogłaskać, gdy przechodziłam obok. Wtulałam twarz w płatki kwiatów. Chłonęłam zapachy.

Wejdźmy głębiej w alejkę parkową, zostawiając za sobą film, program, dyskusję w Internecie. Pomarańczowy, żółty, brązowy to kolory konfitur i przypraw. Jesiennych liści i wiewiórek. To kolory szczęścia.

„Małe działania zmieniają świat” usłyszałam kiedyś od młodych wolontariuszy. Rozmawiałam z nimi wtedy i spodobał mi się ich entuzjazm. Tak, jak Synafia uważam, że to, co mogę zrobić tej jesieni, póki jeszcze nic się nie zmieniło na gorsze, to kochać świat i ludzi wokół siebie. Nie wystarczy przetrwać, przeczekać, jakoś ten lęk znieść, trzeba w ten świat wlać tyle miłości, ile się da, póki się da, póki się JEST a może zło nie znajdzie już dla siebie miejsca.

 

A żeby nie było tak łzawo, zobaczcie, co wyczytałam w Wikipedii

św. Hildegarda z Bingen w swej recepcie na zatrucie z roku 1150 pisze: kto by zjadł truciznę, albo gdy kogoś chciano otruć, niech zaparzy nagietka w wodzie, wyciśnie go i ciepły położy na żołądek. Nagietek truciznę rozrzedzi i wypędzi z wnętrzności. Potem niech chory zagotuje wino i wrzuci doń trochę nagietka, a to znowu zagotuje i wypije. W ten sposób z jego ciała wyjdzie wszystko, co było trucizną, albo przez nos, albo w ślinie wykasłanej i wyplutej.

W ten sposób… w ten sposób  można się pozbyć wszystkiego, co zatruwa, może i strachu J


6 Komentarzy

O fałszowaniu: finał sprawy nagietka

Pisałam już o nagietkach i o tym, że w  „Zielniku dla każdego” J. Rogali, R. Macieja i T. Ski (wyd. BAOBAB) przeczytałam „Po wsiach używano dawniej nagietków do zabarwiania masła i farbowania różnych tkanin, nierzadko używają ich do fałszowania szafranu.” No to fałszujemy, pomyślałam więc w tamtą niedzielę, gotując ryż. TUTAJ

Wtedy okazało się, jak marny ze mnie fałszerz. Analizowałyśmy na fejsbuku (same kobiety, gdzie  ci kucharze mężczyźni?), co też mogłam zrobić źle. Być może włożyłam za mało płatków nagietka? Może powinny być suszone? Może barwiłam ryż zbyt krótko? W ostatnią niedzielę znowu spróbowałam swoich sił. Bardzo chciałam odnieść sukces: gościłam nie tylko teściową, ale i mamę, która jest osobą szczerą i bezpośrednią ( „ja tam prawdę mówię prosto w oczy”- twierdzi), więc poprawiłam wszystkie słabe punkty. Najpierw sprawdziłam, czy płatki dobrze wyschły

fałszowanie

A potem robiłam wszystko tak samo, tylko lepiej: dłużej, więcej i dokładniej.

Ryż po ugotowaniu wyglądał tak:

falszowanie1

 

co moja mama skwitowała mocnym: ” No, żółte to TO na pewno nie jest!”

Poddaję się, nie potrafię być fałszywa 😀

Płatki nagietka odtąd będę dodawać do potraw jedynie dla urody, nie koloru.


1 komentarz

Na żółto, czyli o fałszowaniu

nagitek2

W  „Zielniku dla każdego” J. Rogali, R. Macieja i T. Ski (wyd. BAOBAB) przeczytałam „Po wsiach używano dawniej nagietków do zabarwiania masła i farbowania różnych tkanin, nierzadko używają ich do fałszowania szafranu.” No to fałszujemy, pomyślałam więc w niedzielę, gotując ryż. Ale niestety, albo nagietek nie barwi ryżu aż tak ładnie, albo ze mnie marny fałszerz.

Zerwałam nagietki – całe dwa spore kwiatki- nie przejmując się wcale, że znowu się nie rozwinęły, więc będzie pewnie padał deszcz.  Za oknem może być szaro, skoro ryż będę miała żółty.  Na razie był biały i już się wstępnie gotował.

Oberwałam płatki i takie oto dwie łyżeczki wrzuciłam do średnio ugotowanego ryżu

Created with Nokia Smart Cam

 

 

Zamieszałam i pozwoliłam dalej się gotować na małym ogniu pod przykryciem. Byłam jednak tak przejęta, że zaglądałam co jakiś czas sprawdzając, jak tam przebiega fałszowanie. Płatki wyglądały bardzo ozdobnie między ziarenkami ryżu, smak był niezmieniony, ale kolorek… no cóż… nie stał się żółty. Posłałam więc syna do ogrodu po jeszcze jeden kwiatek nagietka. Do trzech łyżeczek sztuka. Trzy razy wypytał o szczegóły i przyniósł to, co trzeba (nauczył się go rozpoznawać!). Dodałam następną porcję płatków, zamieszałam ponownie, przykryłam.  Skutkiem moich trochę nerwowych zabiegów fałszowania ryż wyszedł cokolwiek rozgotowany, barwy kości słoniowej raczej, niż żółtej, za to ozdobiony pięknymi kwiatowymi płatkami. Też uroczo, choć nie tak, jak chciałam. Szafran szczerzył się z półki szyderczo.

Created with Nokia Smart Cam

 

 

Trochę się uspokoił dopiero, gdy zobaczył, że ryż bardzo się spodobał rodzinie:)

A ja pozostałam z pytaniem: co zrobiłam źle? I czy ktoś może barwił nagietkiem włosy?


3 Komentarze

Ukojenie

Niektóre kwiatki są niebezpieczne, z innymi trzeba się obchodzić ostrożnie, ten niesie ukojenie.

Zasadziłam nagietki razem z malwami, irysami, w części ogrodu „od strony Janiny”. Janina była naszą wiejską sąsiadką, miłą staruszką. Często wypatrywała swoich dzieci, za którymi ogromnie tęskniła. Nigdy nie powiedziała o nich złego słowa.

Nagietki rosły za płotem, tuż obok. Spoglądała na nie i uśmiechała się lekko. Zwykłe, nieduże, skromne kwiatuszki o czymś jej przypominały. „Kiedyś dużo ich rosło wokół. Teraz nie są modne”- mawiała. „Kiedyś” to wtedy, gdy jej dzieci były małe. Dobrze o tym wiedziałam. Te kwiatki nie bardzo mnie zachwycają, ale są niezbędnym elementem wiejskiego ogródka. Moja babcia też je hodowała w ogrodzie w środku wielkiego miasta, gdy byłam całkiem mała. Nie widziałam w nich nic nadzwyczajnego. Mogłam się bawić bezpiecznie w ich pobliżu. Gdybym wsadziła sobie do buzi garść płatków, najwyżej byłabym bogatsza o trochę witamin. Na inne rośliny trzeba uważać, a nagietki są lekiem na zatrucie. Kontakt z innymi potrafi podrażniać skórę czy śluzówkę- one przyspieszą gojenie ran, wyleczą gardło. Uratują zniszczoną skórę. Trochę uspokoją. Pomogą walczyć z nowotworem. Podobno Hildegarda z Bingen zachwycona ich właściwościami, nazwala je marigold- złotem Maryi.

nagietek

 

A oczy… niekiedy są zmęczone i łzawią, gdy tak się człowiek wpatruje za długo w dal. Łzy lecą, gdy człowiek czeka na coś, co nie nadchodzi. Gdy traci nadzieję. Wtedy wystarczą krople z nagietkiem. Nie ma co płakać. Nie trzeba.