grand Mader

Świat jest ogrodem, ogród jest światem


4 komentarze

Działka w mieście

Dziadkowie mieli działkę pracowniczą w mieście i ja, miejskie dziecko, wychowywane w mieszkaniach w zanieczyszczonym centrum stolicy, jeździłam czasem kilka przystanków autobusem, żeby rwać agrest, wąchać lilie św. Antoniego czy głaskać… kury.

Zimą nie było tam co robić. Sprawdzić, czy aby ktoś czegoś nie ukradł (kradzieże grabi, łopat i stołków były na porządku dziennym). Porzucać się śnieżkami, też owszem, można było. Pochodzić między skopanymi na jesieni, a przygotowanymi na wiosnę, grządkami. Ogrzać ręce w altance, ale to tylko wtedy, gdy rozpaliło się ogień w węglowej kuchence. Żadnych ognisk! Bałwanka też nie lepiliśmy. Regulamin działkowicza był bardzo surowy. Dostawało się ten skrawek ziemi, tylko po to, żeby go użytecznie uprawiać, żeby przynosił pożytek i utrzymanie. Nie dla zabawy! Tak to już było w PRL-u, trzeba było uważać na to, co się bierze. Nic za darmo.  Ale ludzie są tylko ludźmi i moja babcia ozdobiła niewysoką bramę pnącą różą, siatkę ogrodzenia nasturcjami, tu i ówdzie wsadziła ostróżkę, irysa, rozlokowała cynie, pozwoliła rozsiać się nagietkom (Proszę pana, one są lecznicze te kwiatki. Przecież nie sadziłabym ich do ozdoby! – mówiła wprawiając zarząd w konsternację).

czarnobiale

O działce pracowniczej przeczytałam w „Lali” Jacka Dehnela i aż się uśmiechnęłam:

Babcia, wielka miłośniczka kwiatów, mistrzyni układania bukietów i takiego rozplanowywania ogrodów, by żółta forsycja kwitła obok białych ałycz, a prążkowane błękitne i różowe irysy amerykańskie (zwane piżamami) okalały kępy ciemniejszych irysów syberyjskich, przez całe lata miała nie tylko ogród przez domem, ale także tak zwaną „działkę pracowniczą Lasów Państwowych”. A wraz z działką pracowniczą miała mnóstwo kłopotów, bo zarząd dopominał się sadzenia określonych, kontyngentowych ilości warzyw i jarzyn, a babcia sadziła wyłącznie pysznogłówki, pełniki, astry i ostróżki, pozwalała sobie, co gorsza, na inne ekstrawagancje, bo nie gracowała, jak należy, każdego wolnego skrawka między pietruszką a sałatą, jak inni działkowicze, tylko zostawiała w spokoju trawę rosnącą między rododendronami a tawułkami. Ostatecznie obie strony poszły na pewne kompromisy i babcia obsadziła brzegi klombów szczawiem, zupełnie jakby był bukszpanem, a gdzie indziej zrobila żywopłot z porzeczek.


7 komentarzy

13 grudnia i św. Mikołaj od Kasi

Dzisiejsza notka właściwie powinna być znowu „czekaniem”, siódmym, ale wypadła 13 grudnia. A wprowadzony w Polsce 13 grudnia 1981 stan wojenny tamten Adwent przerwał, zatrzymał.

Byłam wtedy nastolatką. Nastolatki w normalnych krajach mają kiełbie we łbie, zajmują się miłościami i malowaniem oka, ale po co było się malować, skoro kosmetyki spływały po kilkudziesięciu minutach, tworząc rozległe cienie pod okiem. Takie, jak to się wtedy mówiło- „limo”. „Limo” to można było mieć zupełnie za darmo wtedy, bez wydawania pieniędzy, po kontakcie z przedstawicielami władzy. 13 grudnia 1981 i oprócz tego nic z tamtego Adwentu nie pamiętam. Czy zawieszono lekcje religii? Nie przypuszczam, na szczęście były w salkach przykościelnych, a nad nimi generał nie panował. Czy odbyły się rekolekcje? Też nie przypuszczam, bo żeby ruszyć się z województwa do województwa (było ich 49, więc jedno od drugiego położono o rzut kamieniem), potrzebne były pozwolenia i przepustki. Tak, nie mogliśmy się poruszać po własnym kraju. Pismo Święte? Kto nie miał, nie kupił, bo to była jedna z bardziej poszukiwanych książek (ewentualnie protestanckie wersje na Nowym Świecie leżały pyszniąc się w kolorowej witrynie). Czy mieliśmy na Wigilię karpia? Nie mam zielonego pojęcia! Musiał być, ale skąd go wzięliśmy? Wiem, że na kwaszoną kapustę, suszone grzyby, kluski, pierogi, mięso na święta i tak nie było co liczyć w sklepach. Liczyło się nie „na coś”, liczyło się wieczorami domowników, czy wrócili. Liczyło się przyjaciół i znajomych. A u nas wtedy nie zabrakło nikogo. To był jednak szczęśliwy dom. Prezenty też pewnie mieliśmy, musieliśmy mieć, ale nie było to ważne… Ten dzień  opisałam w 2012 roku TU  „13 grudnia, robaczku”

Co może ci zrobić władza? „Czas Apokalipsy”

 „Otworzyłam jedno oko. Nie usłyszałam budzika – pomyślałam widząc sączące się z łazienki światło.-Wstawaj!- pocałował mnie Mąż ( odkąd w czasie rozmowy poskarżyłam się na brak czułości, dostaję ten pocałunek na dzień dobry). Krótkie myśli dla Boga. Szybkie mycie głowy. Suszarka. Spojrzenia na zegarek. Pasta do zębów. Teraz budzę dzieciaki. Mleko, płatki, mikrofalówka. Podgrzane czeka na stole. Kilka ćwiczeń ( czy można obiecać sobie w adwencie większą dbałość o ciało, jeżeli normalnie się je zaniedbuje?).

Miałam wtedy szesnaście lat, jak dziś moja córka. Otworzyłam jedno oko, spojrzałam na zegarek i zobaczyłam, że już późno. Znowu późno. Trochę zdziwiło mnie, że nie słychać głosów niedzielnej krzątaniny, nie czuć śniadaniowych zapachów. Ale najpierw łazienka… Zimną wodą ochlapałam twarz, jeszcze opuchniętą od zbyt długiego snu i przejrzałam na oczy. Telefonu nie mieliśmy. Rodzina nie była ani chora, ani zasłużona. Zresztą! Z kim rozmawiałabym przez telefon, skoro wszyscy w niedzielę długo śpią. Nie wiedziałam, że wyłączyli ( – To bandytierka była. Pracownicy centrali chcieli to zrobić z jakąś kulturą techniczną, ale umundurowani wchodzili, pytali o główny kabel i przecinali go siekierą). Komputera nie mieliśmy, o internecie nikt nie marzył, choć podobno gdzieś tam go wynaleziono… To miało swoje plusy, nie mogli wyłączyć internetu 😉 Pusto w domu. Dziwne. Idę “do lodówki”… Zima jest, wiec wybór dość mały. Na wierzchu ułożone jabłka, w środku żółty ser, jajka, cebulka. Wędliny zostało niedużo. Chleb może i bez konserwantow, ale czerstwy już w sobotę w sklepie. Będzie jajecznica?

Dziś dzieci siedzą nad śniadaniem. Zbyt niewyspane, żeby sie kłócić, ba – żeby sie odzywać. Kroję na pół grahamkę, potem kromki chleba, po które Mąż “skoczył” jeszcze przed wyjściem z psem. Idę „do lódówki”. Wyciągam trochę pieczonego schabu, dwie rzodkiewki, dwie oliwki, żółty ser, szczypiorek, pomidor. Ogórek konserwowy stoi na kuchennym blacie.(Banany, jabłka I mandarynki też!) Z. woli same kanapki, jabłko. Średna je też sałatkę, więc rwę i kroję, wrzucam do pojemniczka, polewam sosem z oliwy i bazylii. Po namysle solę. Jeszcze napoje.

Miałam szesnaście lat. Ciągle nikogo nie ma w domu. Gdzie oni się podziali? Nie lubię telewizji, ale podchodzę ( jeszcze nie ma pilotów!), włączam. I nic. Bo to ten dzień, kiedy “nie było Teleranka”- ale raz, że już dawno byłoby “po” Teleranku o tej godzinie, o której wstałam, a dwa: ta historia dopiero się działa. Co jest? Podchodzę i takim śmiesznym pokrętłem próbuję zmienić program na drugi (bo tylko dwa były). Też nic! Teraz może pomyślałabym, że rodzice nie zapłacili rachunków, więc odłaczono nam sygnał. Wtedy nie było takich zwyczajów. Chyba nie dojadłam śniadania, pośpiesznie założyłam na siebie byle co i pobiegłam – szukać, czy pytać. O co? – nawet nie wiedziałam. Do kościoła było najbliżej. W środku mszy weszłam. Tam mi powiedzieli. Mniej więcej to, co potem Jaruzelski w oświadczeniu, tylko zupełnie inaczej. Dla mojego bezpieczeństwa do hotelu naprzeciwko sprowadziło się ZOMO.

Wychodzimy. Średnia na drugą lekcję, więc jedzie z nami na roraty. Do tej małej szkółki. Plecaki, winda, spojrzenie na zegarek ( Dobry czas– chwali Mąż). Jeszcze mało samochodów, bo przecież tak, jak powinno być – jest noc. O. Emilio sam w ciemnej kaplicy zapala świece i lampiony.

Wtedy, tamtego trzynastego, kiedy odłączono nas od wszystkiego, od czego człowiek mógł odłączyć człowieka, wydawało się, ze to KONIEC.

„Nie bój się, robaczku Jakubie, nieboraku Izraelu! Ja cię wspomagam – wyrocznia Pana – odkupicielem twoim – Święty Izraela. Oto Ja przemieniam cię w młockarskie sanie, nowe, o podwójnym rzędzie zębów: ty zmłócisz i wykruszysz góry, zmienisz pagórki w drobną sieczkę; ty je przewiejesz, a wicher je porwie i trąba powietrzna rozmiecie. Ty natomiast rozradujesz się w Panu, chlubić się będziesz w Świętym Izraela.” – czyta lektor. Szczególnie dziś, szczególnie 13 grudnia. Co może ci zrobić władza, robaczku? Władza nie jest wszechwładna, nawet jak jej się tak czasem wydaje.

 

Ale, ale… dziś już wiemy, co MOŻE władza, co mogą zwierzchności. Mogę więc pokazać, jakie w kole gospodyń miejskich robią piękne świąteczne ozdoby. Kasia, tak jak obiecała w komentarzu, przysłała mi św. Mikołaja zrobionego z jajka! Świetny!

kasiaglebocka

fot. K. Głębocka


6 komentarzy

Czekanie 6

Dawno, dawno temu, ale w tym samym kraju, z tymi samymi lasami, górami, kiedy jeszcze nie było mejli i fejsbuka, Adwent to był czas, gdy chętniej zaglądało się do skrzynki pocztowej. Tam czekały kartki, koperty. I nie były to reklamy, ani niezapłacone rachunki, ale życzenia świąteczne 😉

kartki

Koniecznie kupne, obficie ozdobione, mogły być grające (hendmejdy nie były wtedy cenione, takie czasy). Wypisane za to ręcznie. Samo spojrzenie na znajome pismo, wzruszało. Często, gdy ktoś mieszkał daleko, dołączał do nich list. Z kilku zdań przeczytanych raz na kilka miesięcy, wnioskowało się o tym, jak mu „tam” jest, czy naprawdę tęskni, czy się go jeszcze kiedyś zobaczy. Od razu było widać, kiedy życzenia są zdawkowe, a kiedy płyną z serca. Czasem z koperty wypadło zdjęcie i to było wielkie szczęście!  Pokazywało się je całej rodzinie! Wkładało do albumu, albo oprawiało w ramkę i stawiało na regale z książkami. Aparatów fotograficznych było mało, zdjęcia się rzadko robiło, wywoływać je trzeba było u fotografa. Prywatności też nie było. Prywatności chronił nie zdrowy rozsądek, ale cenzura. Wiadomo było, że jak list z Zachodu, jeszcze ktoś będzie go czytał. Niekiedy dochodził pokreślony, niekiedy wcale, gdy tych wymazań byłoby zbyt wiele. Listy pisało się więc osobistym szyfrem, niezrozumiałym dla cenzora, za to odbieranym przez rodzinę i przyjaciół. Dawno, dawno temu to było. Przypomniało mi się, gdy dzieci robiły własnoręcznie kartki na Święta Bożego Narodzenia. Już je stopniowo rozsyłamy, bo jak zauważyła Kasia, czasu jest nie tylko dużo, ale i mało, zwłaszcza, gdy ma się do czynienia z Pocztą.  Może ktoś rozpozna swoją?

kartki2kartki1


2 komentarze

Prawdziwy Dzień Matki

dzienmatki

 

Ogromna większość z nas ma taki czas w życiu, gdy jest jednocześnie córką (która świętuje ze swoją mamą Dzień Matki) i mamą dla swoich dzieci ( często niejednego) a jeszcze do tego- synową. U Borejków w Jeżycjadzie Musierowicz tak to było załatwione, że wystarczył duży stół, bo wszyscy mieszkali w jednym domu, a jeżeli już nie w tym samym, to na tyle daleko, że było zrozumiałe, że nikt nie będzie kilkuset kilometrów pędził z kwiatkiem.

U nas- samo życie. Mieszkamy w jednym mieście, ale w odległych dzielnicach. Do teściowej z prezentami ruszył więc mąż (jak codziennie zresztą), ja wziąwszy ogromny bukiet irysów w łapy, bombonierkę w zęby, pospieszyłam na przystanek autobusowy, żeby dojechać do mamy. Po południu miały być rodzinne lody, więc spotkanie z moją córką, która też jest mamą, zaplanowałyśmy na mieście, w przerwie w pracy…

 

Koło południa weszłyśmy raźnym krokiem do kawiarni. Rozejrzałam się. Było chłodno i bardzo miło, a przede wszystkim, mimo ulicznego gwaru za oknem- cicho. Ktoś przygotował nam napój i podał pod sam nos z uśmiechem. Raj. Ale jeden z elementów wystroju zwrócił moją uwagę szczególnie

– Te białe kafelki

– Co z nimi? Są bardzo modne ostatnio.

– One są takie same, jak w PRL-u

– Taaak?- nie wiedziała do czego zmierzam.

– Tylko wtedy były jeszcze często brudnawe i porysowane. W mięsnych były.

– …

– i… jak dotarłam tego lipcowego dnia na porodówkę, to też tam takie były.

– Jak mnie rodziłaś???

– Tak- roześmiałam się- Położna otworzyła drzwi sali i weszłam- wtedy nie dbano o odczucia rodzącej- prosto na zszywaną kobietę. Takie białe płytki były na ścianie, a na podłodze stało aluminiowe wiadro.

– ??? Wiem z czym ci się skojarzyło… z rzeźnią, co? Ale trafiłam, wybierając to miejsce na spotkanie! Masz dziś PRAWDZIWY Dzień Matki.

Dobrze powspominać w miejscu czystym, bezpiecznym i przyjaznym… I dobrze, że moja córka nie ma takich wspomnień z porodu.

 

Wieczór spędzałyśmy już całkiem jak u Borejków- przy jednym, ogromnym stole, obdarowane obficie prezentami, całusami i uśmiechami. Wprawdzie K. Znowu bolało kolano, bo pies rozanielony atmosferą skoczył wprost na ortezę, a Mała Dziewczynka wracała przez pół miasta w samym środku burzy, ale… przy stole było wesoło.