grand Mader

Świat jest ogrodem, ogród jest światem


11 Komentarzy

Na uspokojenie- samo życie

Rośliny są takie spokojne…

pocieszenie

Na uspokojenie pije się herbatki ziołowe z melisy, kozłka lekarskiego, chmielu, pomaga też męczennica czy lawenda. Mróz jednak tak im dokuczył, że zabrały się już z mojego ogrodu. Wspomnienie po nich patałęta się gdzieś w kuchni, zasuszone w słoikach. Niby są, ale to nie to samo, co świeże.

Pomaga też czytanie, muzyka, modlitwa, rozmowa, niespodzianka zrobiona przez przyjaciół. Niektórym taniec. Na te nerwy pomaga.

Mnie uspokaja sam spacer, włóczenie się wśród drzew w parku, czy patrzenie na ogród, na rosnące w nim rośliny. Niechby nawet nagie, całkiem odsłonięte. One są po prostu sobą. Nie szarpią się. Nie usiłują być inne. Bratek nie pragnie stać się konwalią, a ta nie udaje róży. Przecież hoduję je w ogrodzie, w miejscach im przynależnych właśnie dlatego, że są tylko i aż sobą. To dlatego je wybrałam. Zachwycam się nimi tym bardziej, im większy widzę rozkwit ich własnej osobowości.

Niski berberys nie musi się starać, by przerosnąć górujący nad nim krzew. On rośnie na swoim miejscu, bo jest taki, jaki jest. Każdy z nich to swoje miejsce ma.

Pięknie obok siebie wyglądają. Tworzą razem ogród.

Rośliny więc mogą być spokojne.

Niewzruszone na każdym etapie swojego rozwoju. Wiedzą, że każdy z tych etapów jest po coś potrzebny.

Nie miotają się z kąta w kąt.

Nie boją przyszłości.

Nie analizują przeszłości.

Wystarczy im samo życie.


16 Komentarzy

Żywe miasto 4

W Warszawie jest dużo parków, skwerów i placyków dla dzieci. Jednak przy odrobinie (nie) szczęścia można zamieszkać z dzieckiem w samym ruchliwym centrum miasta i mieć daleko do jakiegokolwiek parku, ogródka, czy czegokolwiek innego zielonego, oprócz zasikanego przez psy trawnika. Co się wtedy dzieje? Czy malec staje się obojętny na piękno otaczającego świata?

trawki kopia

 

Kilka lat temu takie miejsca, które świadczą o zaniedbaniu i nie powinno ich być w stolicy sporego kraju, były dla nas… pomocą. Pamiętam podróże z moją najstarszą córką najbrzydszym odcinkiem ulicy Chłodnej – kto tam mieszkał, to wie – w kierunku jakiegoś parku czy choćby placyku. Łatwo nie było. Mijałyśmy po drodze szare pawilony, idąc po rozwalonych płytkach chodnikowych. Każda z nich dla małego dziecka była potencjalną pułapką i spotkanie z nią mogło zakończyć się obtarciem czy nową ranką na kolanie. Mogło. Ale kończyło się obserwacjami przyrody. Zaciekawiona dziewczynka przystawała przy każdej trawce, dopytywała o jej rodzaj, zauważała codzienne zmiany. Miałyśmy rozpoznanego każdego chrząszcza, wiedziałyśmy, gdzie lubi spać biedronka i w pod którą wyszczerbioną płytą jest mrowisko. A gdy trafił się taki rarytas, jak nie zadeptana i nie zerwana stokrotka, musiałyśmy się z nią koniecznie zaprzyjaźnić. Dostawała imię. Prowadzona przez córeczkę, czułam się jak w baśni Andersena. Wiedziałam, że nawet w miejskiej dzielnicy takiego dużego, zatłoczonego miasta, jak Warszawa, dziecko nie musi stracić wrażliwości na piękno.

trawka1

Zanim przeszłyśmy jeden lub dwa przystanki dzielące nas od miejskiego ogródka, byłyśmy już nieźle zmachane. W sam raz, żeby – zależnie od pogody – zjeść kulkę lodów, czy wypić gorącą czekoladę.

Byle donice, krytykowane przez koneserów, zdawały się nam rajem. Zwłaszcza, że gdy udało się do nich dojść…

trawka2

 

… w zasięgu stopy było dużo parków, a w nich takie wspaniałości:

trawka3

I do tego piaskownice, huśtawki, kaczki i fontanny. Trzeba się było tylko zastanowić, jak do domu wrócić 😉 bo do domu było daleko 😉