grand Mader

Świat jest ogrodem, ogród jest światem


14 komentarzy

Zawilce

Czego życzył mi kuzyn Czarek i o spacerze po ogrodzie. Znaleźliśmy zawilce !

zawilce1

Roztoczyłam przed kuzynem Czarkiem wspaniały obraz spaceru wiejską drogą, potem przez las aż do ulubionej sąsiedniej miejscowości z kapliczką. Nie pozazdrościł

– Jeżeli myślisz, że spacer przez wieś to dobry pomysł, to ja wam życzę, żebyście wrócili zdrowi i nie za bardzo oblani. Wodą.

O, niech to ! Zapomniałam, ze ten poniedziałek jest nie tylko częścią obchodzenia Świąt Wielkiej Nocy i częścią króciutkich ferii, ale i Lanym Poniedziałkiem ! Spacer po drodze wiejskiej odpadał ! Zbyt zimno na oblewanie się kubłami zimnej wody. Przezornie zatrzymaliśmy się w ogródku. A tam kwitną zawilce ! O zawilcach cztery wiosny temu pisałam tak:

Wzięliśmy gościniec dla zaprzyjaźnionych mrówek… Tym razem do torebki trafiła resztka bezy i już można było wyruszać w drogę.

Weszliśmy w las, a tam…

Jak mogłam zapomnieć?

Droga usłana kwiatami, jak co roku o tej porze!

Natychmiast przypomniało mi się jedno z opowiadań Ewy Szelburg – Zarębiny. Czytałam je wszystkim moim dzieciom… A było o tym, że Wielkanocne dzwony, które witają Zmartwychwstałego, budzą też rośliny. Spod ziemi wychylają wtedy główki zawilce. Ścielą się na bezlistnych, suchych gałązkach, których pełno w całym lesie. Skromne, białe kwiatuszki chronią poranione i obolałe stopy naszego Pana. Chcą oszczędzić Mu dodatkowego bólu. A ja?

Zamyśliłam się.

– Z. czekaj! Pamiętasz to piękne opowiadanie?

– Mamo, pamiętam! – poczułam jego niecierpliwą łapkę w swojej – Chodźmy, mrówki czekają na prezent Wielkanocny. Ciekawe, jak sobie dają radę…

Anemone nemorosa L. swoją nazwę zawdziecza greckiemu słowu anemos, które oznacza wiatr. Jest „różą wiatrową, „wietrznikiem” z powodu swojej nietrwałości – zerwany zachowuje świeżość najwyżej dwa dni- i możliwej samopylności, gdy w pobliżu nie ma owadów. Zawilce same chronią się przed zrywaniem – są trujące i piekące i trzeba na nie uważać, choć dawniej były używane w medycynie ludowej, a teraz w homeopatii. Najpiękniej kwitną na terenie starych, wiekowych kompleksów leśnych.

Oprócz zawilców znaleźliśmy też biedronkę 🙂

zawilce2


5 komentarzy

Małe działania: Pomarańczowy, żółty i czekoladowy

Dla tych, którzy przerażeni doniesieniami o wojnie, przetrwali jakoś lato, na jesień i całą resztę roku szkolnego.

sliwki

Nie wiem, co sobie myślał na mój widok ten malutki ślimak, który wspiął się na drzewo i tam objadał  śliwkę. Jesteśmy przecież wrogami. Niby to szkodnik, ale rozczulił mnie trochę, jak to maleństwo. Darowałam mu życie, a nawet dodałam i śliwkę, bo mamy ich w tym roku pod dostatkiem…

Resztę zapakowałam do miski i zabrałam do domu. Zważyłam je, tym razem doniosłam (choć po drodze zjadłam małe conieco) dwa kilo. Przekroiłam je na pół, wyjęłam pestki- Teściowa zjadła kilka połówek- i wrzuciłam do garnka. Dolałam jakieś pół szklanki wody. Postawiłam na kozie (czyli kominku) a tam już to się powoli smażyło. Co jakiś czas ktoś podchodził, mieszał i próbował ździebko wcale się tym nie przejmując, bo śliwki jeszcze bez dodatku cukru, nietuczące. Zapach, mimo wszystko słodki, unosił się w salonie, a owoce nie sprawiały kłopotu, bo ani myślały przywierać. Dorzuciłam 5 goździków, dwie szczypty imbiru i zajęłam się innymi pracami. Następnego dnia po krótkiej rodzinnej naradzie zdecydowaliśmy, że nie będziemy śliwek miksować. W konfiturach lubimy czuć ich kawałki. Wtedy wzięłam szklankę cukru, zmieszałam ją z dwiema pełnymi łyżkami kakao i powoli, pilnując, by się rozpuściła, dosypałam do śliwek. Moim starczyło, ale mogło się okazać, gdyby były mniej dojrzałe, że musiałabym dodać jeszcze trochę cukru, albo i cukru i kakao, albo tylko tego drugiego. Gdy garnek postał, pilnowany przeze mnie, jeszcze pół dnia na piecyku, wszystko co miało się połączyć, rozpuścić, zesmażyć, już to zrobiło, przeszłam „rundę z łyżką”.

Domownicy próbowali, przymykali oczy i mówili: „Pycha”.

sliwki

Na ciężką jesień mam już trochę zamkniętych w słoikach śliwek w kakao. W torebkach przyprawy: szafran, kurkumę a nawet i nagietek (niech będzie, że nie barwi tak ładnie, jak myślałam, ale przynajmniej poprawia nastrój). To wszystko dodawane do potraw będzie działać antydepresyjnie. Pomarańczowe pulpeciki rozweselą, brązowa śliwka zadziała jak pigułka na złe samopoczucie, a czuły dotyk przekona, że warto żyć.

 

To prawda, że świat, w którym żyjemy nie jest nam dany na zawsze, jeżeli o to nie zadbamy. A czasem nawet gdy o niego zadbamy, pomimo modlitw, jako bezpieczne miejsce do życia może zniknąć jednego dnia, w ciągu jednej godziny. Drzewa, które mijamy bez zastanowienia, trawa, słoneczniki i astry, skrzeczące coś sroki, mogą przestać być jego częścią. Dlatego tego lata dotykałam, nim minęłam, starałam się pogłaskać, gdy przechodziłam obok. Wtulałam twarz w płatki kwiatów. Chłonęłam zapachy.

Wejdźmy głębiej w alejkę parkową, zostawiając za sobą film, program, dyskusję w Internecie. Pomarańczowy, żółty, brązowy to kolory konfitur i przypraw. Jesiennych liści i wiewiórek. To kolory szczęścia.

„Małe działania zmieniają świat” usłyszałam kiedyś od młodych wolontariuszy. Rozmawiałam z nimi wtedy i spodobał mi się ich entuzjazm. Tak, jak Synafia uważam, że to, co mogę zrobić tej jesieni, póki jeszcze nic się nie zmieniło na gorsze, to kochać świat i ludzi wokół siebie. Nie wystarczy przetrwać, przeczekać, jakoś ten lęk znieść, trzeba w ten świat wlać tyle miłości, ile się da, póki się da, póki się JEST a może zło nie znajdzie już dla siebie miejsca.

 

A żeby nie było tak łzawo, zobaczcie, co wyczytałam w Wikipedii

św. Hildegarda z Bingen w swej recepcie na zatrucie z roku 1150 pisze: kto by zjadł truciznę, albo gdy kogoś chciano otruć, niech zaparzy nagietka w wodzie, wyciśnie go i ciepły położy na żołądek. Nagietek truciznę rozrzedzi i wypędzi z wnętrzności. Potem niech chory zagotuje wino i wrzuci doń trochę nagietka, a to znowu zagotuje i wypije. W ten sposób z jego ciała wyjdzie wszystko, co było trucizną, albo przez nos, albo w ślinie wykasłanej i wyplutej.

W ten sposób… w ten sposób  można się pozbyć wszystkiego, co zatruwa, może i strachu J


3 komentarze

O śpioszku

spioszki1

 

– Babciuuuu, co to za kwiaty?- zapytała mała Mader (można by napisać- wtedy jeszcze little Mader)

Szczupła, siwa kobieta układała biały bukiecik i związywała go sznureczkiem. Chwilę się zastanowiła, bo przypuszczała, że odpowiedź pociągnie za sobą następne pytania, a w głębi duszy uważała, że babcie nie są jakimiś encyklopediami, żeby zaspokajać dziecięcą ciekawość. No ale… rodzice wychowywali tę małą inaczej, trudno

– Śpioszki- podniosła wzrok i westchnęła. Mała (Mader) aż kipiała z ciekawości.

– To ich prawdziwa nazwa? Naprawdę?-

Babcia lekko wzruszyła ramionami. No chyba, że nie hmmm… żartuje (?), babcie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku nie zniżały się do takiego poziomu. Nawet nie otworzyła ust- jeżeli mówi, to przecież „naprawdę”!

– Dlaczego? Ale dlaczego „śpioszki”?

– Bo lubią dużo spać, jak ty. Dużo za dużo.

 

Śpioszek, śpioch, czyli śniedek baldaszkowaty Ornithogalum umbellatum  rzeczywiście śpi dużo. Stara się przespać brzydką pogodę i w ogóle dużą część życia. Jego kwiaty budzą się tak późno, jak Mader, gdy była dziewczynką, czyli najchętniej koło 11.00 w południe, tyle tylko, że wcześniej niż ona zasypiają, więc mogła obserwować, jak zamykają się białe, drobniutkie kwiatki. Miałam już napisać, że nie trzeba uważać na dzieci, gdy zasadzi się go w ogrodzie. Ale niestety- pomyłka! Choć bywa składnikiem leków kardiologicznych, zjedzenie jakiejkolwiek jego części może wywołać kłopoty z sercem. Tak zwykle bywa- coś, co w małej ilości pozwala zachować dobrą formę i zdrowie, w nadmiarze- szkodzi. Nie tylko jedzenie (śpiocha), ale samo bycie prawdziwym śpiochem też.

spioszkiblog


1 komentarz

Jad w ludzkich rękach

O niebezpiecznym tojadzie pisałam już w „Oknie na cztery strony świata”. Jednak specjalnie dla Dominika postanowiłam opowiedzieć o nim jeszcze raz.

 

Pewnego lata zniknął razem z Krzewem Mojżesza z mojego ogrodu. Padało wtedy tak bardzo, że woda zniszczyła korzenie wielu roślin. Dyskretny, wyniosły tojad zwabiał do ogrodu trzmiele. Lubiłam jego szafirowe kwiaty, a jednak nie mam odwagi zaprosić go ponownie.

Wielu osobom wydaje się, że rośliny stanowią zaledwie tło dla prawdziwego życia. Ciche i spokojne, są przesadzane z miejsca na miejsce wprawną ręką. Nie stawiają oporu, gdy ogrodnik je zrywa, suszy i wreszcie – gdy ich używa. I ta pozwalała się używać do ludzkich celów. Uległy tojad zwany mordownikiem niejednokrotnie zmienił losy świata. To nim otruto Arystotelesa. Tą niepozorną rośliną nacierano ostrza strzał i mieczy, dodawano do potraw możnowładców. Drżeli przed nim najmężniejsi.

Sam tojad, jak to roślina, miał niewiele do powiedzenia. Za wyjątkiem tego jednego, jedynego razu: według starych przekazów ulitował się nad Matką Największego z Panów tego świata. Swoimi niebieskimi płatkami otulił stopy Maryi, gdy ta w czasie ucieczki do Egiptu zdarła buciki. Obronił Ją przed ukąszeniami skorpionów i węży. Dioskurydes, autor 5- tomowego De Materia Medica, twierdził, że żadne zioło, nie jest na nie równie skuteczne, jak mordownik. Nazwano go od tamtej pory Pantofelkami Matki Boskiej. Bo jad (także jad słów!) nie musi zabijać, może jedynie bronić- jak to się stało tamtej nocy- tego, co dla człowieka najważniejsze.

 

Skromne i nieufne

4 komentarze

konwaliamader

 

Konwalie. Wiosną podobno pachniały nimi pokoje papieskie Jana Pawła II i jego prywatna kaplica. Skromne, dzikie. Pomimo, że kupiłam sadzonki w sklepie ogrodniczym, umiejscowiłam je w przyjaznym kąciku leśnym- blisko fiołków i wrzośćców, w cieniu sosny, podeszły do tego miejsca bardzo nieufnie. Podobno dzikie, ale zadomawiały się kilka lat. W tym roku zdecydowały się naprawdę obficie zakwitnąć. Niby takie skromne, a ich zapach roznosi się na cały pokój. Piękny zapach. Niby takie skromne- więc kto by pomyślał, że są śmiertelnie trujące! Zdarzało się, że małe dzieci po wypiciu wody z wazonu, czy wsadzeniu sobie do buzi kilku jagód- bardzo chorowały…  Są tak nieufne, że trzymają nas na dystans.